Arabia Saudyjska  z Matyldą i  Klementyną - kwiecień  2022

Pełny album zdjęć - kliknij na zdjęcie poniżej: 


Grobowiec Lihyana, syna Kuzy, znany również jako lub „Samotny Zamek”, jest  kultowym grobowcem w Mada'in Salih, Hegra w Arabii Saudyjskiej. Mówi się, że budowla została wzniesiona w I wieku n.e. i nie ma sobie równych, jeśli chodzi o starożytny projekt i architekturę. Jest to  pierwszy saudyjski obiekt, który został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.



    Na bardzo przedłużone święta wielkanocne w tym roku wybraliśmy się do kraju który jeszcze  niedawno był całkiem zamknięty dla na turystów . Wizy wprowadzono jakieś 3 lata temu a na czas pandemii znowu przestano je wydawać. Zawsze chciałem tam się dostać, kilka lat temu śledziliśmy poczynania podróżnika Wojtka Dąbrowskiego który był we wszystkich krajach świata i tam również udało mu się dotrzeć wykonując sporą akrobatykę kombinowanymi lotami i uzyskując jakimś cudem wizę tranzytową.

Na tamtą chwilę bezpośrednich lotów w "normalnych" cenach do Arabii jeszcze nie było ale przecież są przejścia graniczne z sąsiednimi krajami więc skoro Arabia znowu zaczęła wydawać wizy, trzeba korzystać bo nie wiadomo kiedy znów przyjdzie covid czy inna zaraza albo zawierucha polityczna i zamkną granice.


Zaraz po powrocie z Barbadosu na którym byliśmy podczas ferii zimowych pojawiły się b.tanie bilety do Jordanii z Katowic. Sprawdziłem możliwość przedostania się z Ammanu do granicy z Arabią, nie wyglądało to obiecująco, bo w necie nie można było znaleźć jakiejkolwiek publicznej komunikacji autobusowej, do pokonania jest prawie 200 km ale bilety lotnicze do Ammanu był strasznie tanie po 313 zł dla jednej osoby w obie strony więc je szybko je kupiłem.


    Arabia Saudyjska to pustynne państwo położone na Półwyspie Arabskim, jest jednym z nielicznych na świecie monarchii absolutnych, w których pełnia władzy należy do króla, a działalność partii politycznych jest oficjalnie zakazana . Dynastia Saudów panuje w kraju niepodzielnie od 1932 roku, kiedy to powstało Królestwo Arabii Saudyjskiej.  Kraj jest skrajnie wyznaniowy -muzułmański , nawet jak na nasze Pis-oskwie warunki przypomina europejskie średniowiecze. Prawo karne oparte na szariacie przewiduje karę śmierci, chłostę i tortury. Wyrok śmierci można otrzymać za dość osobliwe przewinienia bo o ile surowe traktowanie przez przedstawicieli prawa zabójców, gwałcicieli, handlarzy narkotyków i innych pospolitych przestępców jest dość zrozumiałe, o tyle odbieranie obywatelom życia w świetle prawa za przejawianie skłonności homoseksualnych, apostazję (przejście na inną religię) lub czary (!), wydaje się być przejawem niezwykle silnego tradycjonalizmu, eufemistycznie rzecz ujmując.

    Warto nadmienić, że egzekucje wykonywane w Arabii Saudyjskiej często są publiczne i grupowe. No i bardzo niehumanitarne. Jak np. grupowa egzekucja z 2019 roku, w której stracono 37 mężczyzn oskarżonych o przestępstwa terrorystyczne. Jednego ze straceńców ukrzyżowano, innemu wbito w głowę metalowy kolec. Nietrudno się domyślić że w majestacie saudyjskiego prawa pozbawiani życia są często przeciwnicy polityczni i osoby niewygodne dla tronu. 


nasza pętla samochodowa po arabii: 3 tygodnie = 5400 km

PRZYLOT Jordania


        Po przylocie do Ammanu musimy zakupić wizy jordańskie , nie są one niestety tanie, po kilkadziesiąt dolców i zaczynamy kombinować jak tu przedostać się do granicy. Nic nie kursuje na południowy wschód , nawet do Al Azrak które jest już dużo bliżej granicy, na dodatek jest niedziela no i ramadan. Jedyną opcją jest prywatny transport. Mocno targujemy i po chwili dworcowy naganiacz ściąga nam gościa z paszportem który zaczyna nas wieźć. Trwa to kilka godzin, zgodnie z „umową” przeprowadza nas przez granice co trwa w nieskończoność od okienka do okienka zarówno po stronie jordańskiej i jeszcze dłużej po stronie saudyjskiej. Bez jego wsparcia trwało by to pewnie z cały dzień, nikt w ząb po angielsku, robienie zdjęć, odcisków palców i masa papierologii. Wszystkim oczy wychodziły z orbit – jak to do Arabii turystycznie? Nie do pracy?



            Nasz kierowca kilka km za granicą porzuca nas, twierdząc że dalej nie może jechać z powodu policji arabskiej i braku jakiś pozwoleń czy też ubezpieczeń na auto,,  pomimo że miał nas zawieźć do najbliższego miasta Al Qurajjat. Jeszce trochę targowania ale żąda horrendalnej kwoty za paręnaście km więc odpuszczamy i zaczynamy łapać stopa.


        Stop zaraz się zjawia - oczywiście nie za darmo ale podwozi nas w miejsce gdzie Google mówi że powinna być nasza wypożyczalnia samochodów Sixt. No i tu się zaczynają schody które mają  uświadomić nam że jesteśmy w kraju gdzie nie wszystko jest oczywiste, pomimo że wszystko wygląda z pozoru OK i jest na medal, to jednak nic nie jest na medal , wszystko może być na opak, i nigdy nie mów nigdy;)



na rondzie w którymś z saudyjskich miasteczek...

Al Qurajjat


        Samochód wypożyczyłem jeszcze przed wyjazdem, specjalnie robiąc to w międzynarodowej sieci bo w lokalnych trzeba było mieć arabskie prawo jazdy. Najbardziej wysunięty na północ kraju przy granicy z Jordanią przyczółek miała właśnie amerykańska  sieć Sixt. Ich wypożyczalnia miała znajdować się na nowo otwartym dworcu kolejowym gdzieś nieopodal jak wskazywał Google. Jednak w miejscu gdzie ma być wypożyczalnia jest dziura w ziemi , każemy się więc zawieźć na stacją kolejową ale już przy bramkach przed stacją na wjeździe zatrzymuje nas ochrona która twierdzi ze żadnej wypożyczalni na stacji nie ma, stacja jest zupełnie nowa oddana miesiąc temu i w ogóle jest zamknięta bo kursuje tu tylko jeden pociąg dziennie i to nie zawsze. Ok , stwierdzamy – może rzeczywiście tu nie ma tej wypożyczalni , niedaleko jest lokalne lotnisko pewnie tam jest Sixt , jak to bywa w większości lotnik na świecie.


       Jedziemy tam – wszystkie te lotniska, dworce znajdują się „pośrodku niczego” oddalone spory kawałek  od siebie , nie ma więc szans przedostać się pieszo gdyż wszystko jest tu stworzone dla samochodów nie dla pieszych a podrzędne drogi maja po kilku pasów i wyglądają jak autostrady w Europie. Na niewielkim lotnisku które również jest zupełnie nowe nikogo z obsługi nie było - jest ramadan więc wszyscy wyszli bo zapadł już zmierzch i udali się na wieczorny posiłek ramadanowy – iftar.


        Można wejść gdzie się chce , myślimy że nikt się nie zjawi do rana bo pasażerów też nie ma , znajdujemy elegancki pokój dla Vip-ów coś w rodzaju  busines lounge który jest otwarty, ma wygodne kanapy, daktyle na półmiskach i expres do kawy . Już się mościmy tam do snu i zaczynam majstrować przy expresie gdy nagle na lotnisku zaczyna się robić ruch. Pojawia się obsługa, grzecznie nas wypraszają z tego saudyjskiego  lounge ale za to możemy się dopytać o tą naszą nieszczęsną wypożyczalnię, bo kilka osób z obsługi mówi po angielsku. Jak się okazuje, tu też nie ma tej wypożyczalni, najbardziej „ogarnięty” facet twierdzi że w mieście w ogóle takiej nie ma , ani na stacji kolejowej na której on również pracuje  ani tu . Zrezygnowani stwierdzamy że ok, trudno – co prawda mamy opłaconą rezerwacje która już się zaczęła ale skoro tak to będziemy później odzyskiwać pieniądze.  Teraz zaczekamy do otwarcia lokalnych wypożyczani aut na lotnisku żeby załatwić jakiś środek lokomocji na następne 3 tygodnie. Po dwóch godzinach jak już się najedli;) w nocy przychodzą po ramadanowej biesiadzie pracownicy tychże wypożyczalni. Oczywiście rozczarowanie – nie mamy arabskiego prawa jazdy więc możemy zapomnieć o wypożyczeniu samochodu u nich. Teraz już wkurzeni bo spędziliśmy tu ładnych klika godzin nic nie załatwiwszy bierzemy taryfę do najbliższego hotelu który również jak dworzec i lotnisko wyrastał pośrodku piasku za to był blisko. Na posiłek idziemy na stację benzynową gdzie hindusi sprzedają obrzydliwe kebaby i tym podobne produkty fast- foodowe w wykonaniu saudyjsko-hinduskim. Po powrocie zrezygnowany zaczynam zabukowywać autokar z tegoż miasteczka Al Qurajjat do następnego dużego miasta bardziej już na południu, do Tabuk w którym to zdawała się być większa cywilizacja niż na tym pustkowiu.  Mam nadzieję  że tam będą jednak jakieś normalne międzynarodowe wypożyczanie aut.


Oczywiście do Tabuk jest jakieś 400 km ale w warunkach saudyjskich to rzut beretem, takie odległości pomiędzy osadami ludzkimi typu miasta czy wsie będą co chwilę. Już miałem kupić bilety na jedyny jutrzejszego dnia autokar lecz nagle pomiędzy reklamami wyskoczył mi filmik reklamowy amerykańskiej wypożyczalni Sixt na którym było... oficjalne otwarcie ich wypożyczalni sprzed 3 tygodni na naszej nowiutkiej stacji kolejowej Al Qurajjat. Byli oficjele, przecinanie wstęgi itp.

Czyli jednak ona tam jest:)



gdzieś na trasie...

          Porzuciwszy plan jazdy dalej autokarem nad ranem obieramy ponowie kierunek stacja kolejowa, tym razem jest otwarta – ma być dzisiaj pociąg;). Na mega nowoczesnej i zrobionej z rozmachem stacji nie ma nikogo, po kilku minutowym dobijaniu się wychodzi ochroniarz który stwierdza dobitnie po wytłumaczeniu po co przyjechaliśmy: NO ENGLISH, NO CAR:)


    Wypożyczalnia widmo jednak była – ta sama z wczorajszego filmiku z jej otwarcia. Pracowników jednak nie ma. Po interwencji ochroniarza i kilku godzinach oczekiwania zjawia się po południu gość z obsługi. Po kolejnej godzinie ogarniania z systemem rezerwacyjnym rozbrajająco stwierdza że naszego numeru rezerwacji …. nie ma w systemie;)

Komunikacja oczywiście odbywa się na translatorze, już lekko wkurzony z papierem w ręku z numerem rezerwacji poświadczającym opłacenie jej, oświadczam że nigdzie się nie ruszamy z dworca bez samochodu. Zaczyna się więc znów ogarnianie systemu, telefony do centrali, dołącza kolejny pracownik i po zapewnieniach że już tylko 15 minut , w końcu po całym dniu spędzonym na stacji wieczorem otrzymujemy upragniony samochód;)



Tabuk


        W międzyczasie, pomimo że to ramadan z pracownikami kolei wypijamy kilka herbat, obżeramy się arabskimi słodkościami i poznajemy pomieszczenia obsługi;) Dostajemy auto większe niż chcieliśmy bo tutaj tych małolitrażowych to nie ma wo gule;) i ruszamy w trasę na południowy zachód w stronę Tabuk. Mamy tam zabukowany nocleg u chłopaka z  Couchsurfing, niestety wszystko się wykraczyło bo mieliśmy tam być poprzedniego dnia a dzisiaj też nie ma szans tam dojechać. Nocleg zaliczamy więc przy stacji benzynowej a raczej dużym kompleksie ze sklepami, knajpą ( tzn muzułmańską jadłodajnią) zawsze z dużym meczetem oraz noclegownią.

W knajpie , w specjalnej sali dla rodzin żeby nie musieć jeść osobno, dostajemy na wielkim półmisku kilo ryżu i dwa kurczaki ze śladową ilością warzyw. Tak czy owak bardzo pyszne;) Miejsca noclegowe które ma do dyspozycji sklepikarz to pakamery – jakby garaże-pokoje w których jedynym wyposażeniem jest rama łóżka oraz kilka materacy. Z racji że nie grzeszą czystością, dziewczyny przespały się w aucie ( nasza KIA jest nawet całkiem duża) a ja korzystam z przybytku i nawet nic mnie nie oblazło w nocy:) Następnego dnia dojeżdżamy do Tabuk, prawie milionowego miasta, po drodze cały czas pustynia, najczęściej autostrada i co chwile na tym pustkowiu  radary wkopane w piasek. Od razu nas kilkaazy sfotografowało :)

Fakt, gdy by nie ograniczenia to by się jeździło ile fabryka dała – drogi szerokie i proste jak stół, aut jak na lekarstwo, jedynie strach przed wielbłądami wchodzącymi niespodziewanie na drogę. W mieście odwiedzamy meczet i idziemy załatwić lokalną kartę SIM którą obcokrajowiec możne wyrobić tylko w centralnym punkcie jednego z głównych operatorów. Kartę dostajemy , ale zasięg kiepski , tylko w dużych miastach i przy masztach z nadajnikami które nauczyliśmy się już lokalizować na pustyni;)




NOEM rejon Gayal


Z Tabuk jedziemy do zupełnego odludzia czyli na zachód – tam gdzie zaczyna się (?) powoli realizować gigantyczny projekt NOEM czyli miasta marzeń.


Neom (nazwa ma wywodzić się z dwóch słów z greki i arabskiego i w wolnym tłumaczeniu oznaczać nową przyszłość) to miasto, które Arabia Saudyjska chce wybudować w prowincji Tabuk położonej przy Zatoce Akaba w północno-zachodniej części kraju. W jego skład ma wchodzić kilka projektów. Jednym z nich ma być Oxagon czyli zbudowane na planie ośmiokąta przemysłowe i po części pływające miasto o szerokości 7 km, Trojena czyli położony w górach ośrodek wypoczynkowy, w którym będzie można pojeździć na nartach (w 2029 mają się tu odbyć Zimowe Igrzyska Azjatyckie 2029 oraz najbardziej interesujący The Line – miasto o szerokości 200 metrów i długości 170 km

Z oficjalnych komunikatów możemy się dowiedzieć, że to rewolucyjny projekt o charakterze cywilizacyjnym, który na pierwszym miejscu stawia człowieka. The Line ma być miastem, które przełamuje dotychczasowe schematy myślenia. W nowym saudyjskim mieście przyszłości nie zostaną zbudowane żadne drogi – ma ono być wolne od emisji z transportu drogowego. Cała miasto ma być zasilane z odnawialnych źródeł energii i na pierwszym miejscu stawiać dobro i jakość życia mieszkańców a nie infrastrukturę.

Podstawowym wyróżnikiem ma być horyzontalne, a nie tradycyjnie wertykalne, podejście do projektowania miasta. Przemieszczanie się osób ma odbywać się z równą łatwością w każdym z kierunków. W tym kontekście pojawia się hasło „zero gravity urbanism”. Zgodnie z tą koncepcją piętrowo projektować można nie tylko biura czy mieszkania (jak w budynkach), ale również parki, obiekty użyteczności publicznej, sklepy, zakłady usługowe, etc.


wizualizacja The Line  (pobrane z:  Dezeen)

The Line ma być szerokie na jedynie 200 m, ale długie na 170 km i wysokie na 500 m. Docelowo ma pomieścić aż 9 mln mieszkańców, co uczyniłoby z niego miasto o największej gęstości zaludnienia na świecie. Wszystko to miałoby doprowadzić do znacząco mniejszego zapotrzebowania na infrastrukturę transportową i przesyłową. Miasto miałoby więc być bardzo efektywne energetycznie, a wytworzony pomiędzy ogromnymi ścianami mikroklimat miałby zachęcać do chodzenia.


Tyle teorii.

Jesteśmy chyba jednak o jakieś 20 lat za wcześnie .


Co jakiś czas mijamy olbrzymie place budowy z niezliczoną ilości ciężkiego sprzętu – wszystko jednak jak wymarłe, bez pracowników, beż żywej duszy i bez widocznych jakichkolwiek prac oprócz czasami wielkich dziur w ziemi. Natomiast drogi na około wszystkie nowiusieńkie, fotoradary też:) Póki co Google twierdzi że są tu fajne plaże z infrastrukturą . I rzeczywiście plaże są piękne, z diunami w kolorze pomarańczowym w zachodzącym słońcu, z palmami, zupełnie dzikie. Jedyna infrastruktura to tablica informująca że kąpiesz się na własne ryzyko, plaża od czasu do czasu rozjeżdżona( tutaj nie przychodzi się plażować tylko jeździć po niej suvami:) No i oczywiście żywej duszy – takie coś jak malownicze wybrzeże nie jest miejscem do spędzania wolnego czasu dla miejscowych.


        Po takim więc plażingu udajemy się na południe w stronę miasteczka Sharma na wybrzeżu. Usiłujemy znaleźć nocleg , wszystkie wskazania Google są jednak nieprawdziwe, jedziemy więc jeszcze jakieś 40 km na południe do większego miasta Duba i tutaj już dużo łatwiej o nocleg. Dojeżdżamy po zmroku, więc miasta zaczynają żyć – otwierają się lokale,ludzie wychodzą na ulice, oczywiście panowie w białych Kandurach i kobiety tylko w czarnych Abajach na głowie w Niquabach ( widoczne tylko oczy) często też w burkach czyli nie widać już nawet oczu;).



Pomimo że już 12 w nocy w pierwszym hotelu trwa skuwanie kafli na podłodze młotem pneumatycznym więc szybko go opuszczamy i w sąsiednim zostajemy na noc. Hotele są jak u nas za komuny: dla miejscowych – nie mu tu żadnej infrastruktury turystycznej w europejskim rozumieniu . Jak na takie „dla lokalsów” i pielgrzymów są bardzo duże i przestronne, jak później się przekonamy, każdy nawet najmniejszy ”pokój” to zawsze dwa – trzy olbrzymie pokoje + kuchnia+ łazienka czyli powierzchnia mieszkania M2-M3. Nawet w największych dziurach tak jest – w końcu przestrzeni tu pod dostatkiem;).



Al Disah


        Kolejnego dnia odbijamy od wybrzeża i jedziemy w głąb lądu , chcemy dotrzeć do najsłynniejszej w kraju Wadi czyli zielonej doliny Al Disah. Przewodnik który pokrywa cały glob czyli LP, na chwilę obecną jest bardzo ubogi (S.A. to tylko cześć LP o półwyspie arabskim) .Internet też nie raczy zbytnimi informacjami o tutejszych atrakcjach, dowiadujemy się że jest to miejsce w które tłumnie przyjeżdżają miejscowi . We wiosce która jest bazą wypadową do tejże atrakcji , na początku doliny znajdujemy zaledwie kilka miejsc noclegowych. Nie są to żadne ośrodki , czy resorty , czy też „domy wczasowe” , po prostu przy kilku chałupach jest jakiś stary plastikowy bilbord z napisem po arabsku i ohydne wyblakłe zdjęcie jakiegoś pokoju i żarcia u kogoś przy domu. W całej wiosce można tego policzyć na palcach jednej reki. Jeden z nich b. drogi po 500 , jak odjeżdżamy to „szejk” spuszcza do 420 ale to i tak o wiele za drogo. Znajdujemy w końcu coś co wydaje się że jest naprawdę dla przyjezdnych , zaadoptowana chata pięknie położona pod skałami. Po wielu nawoływaniach wychodzi facet w podartym podkoszulku i po targowaniu za stówkę mamy nocleg. Arabska sypialnia czyli izba z materacami, druga izba z dywanem po całości ( do jedzenia) i kuchnia z otwartym paleniskiem ale był nawet zlew i sprawna lodówka. Klimat miejscowy wszystko nieposprzątane, niedojedzone daktyle po poprzednikach, wszystko stare i odrapane ale ma swój klimat , tak tu jest na prowincji, to nie wielkie miasto tylko Wadi - czyli taka „przerwa w pustyni” na trochę zieleni;)

wjazd do miateczka 

nasza kuchnia w chatce u lokalsa

        Spędzamy tu dwie noce. Na wieczór wybieramy się do „Lokalu” czyli przydrożnej knajpki ( sama wiata). Nikogo w niej nie ma, mimo że już grubo po zachodzie słońca, na całą knajpę składają się dywany na ziemi i kilkanaście sofo- ławek. Nie ma baru tylko młodzian z kilkoma czajniczkami rożnych wielkości nalewa nam herbatę o rożnych smakach do mini szklaneczek. I tak kilka dolewek, chcemy regulować należność ale nic nie chce -to chyba taka przydrożna buda dla strudzonych gorącem dnia miejscowych. Nazajutrz wybieramy się w dolinę. Jest wspaniała – po obu stronach olbrzymie majestatyczne skały ciągnące się w nieskończoność a środkiem pas zieleni, palm, traw, nawet przez chwilę płynące potoki które w porze bardziej mokrej przeradzają się w rzekę. Wędrujemy tak , nie spotykamy nikogo oprócz stada wielbłądów trochę się ich obawiamy ale niepotrzebnie bo w ogóle się nami nie interesują. Temperatura robi się coraz wyższa, dolina ma jakieś 16 km a my mamy już po 2 km dość . Nagle pojawia się pick-up. Dwóch gości – poganiaczy wielbłądów zabiera nas na pakę. 


wadi Al Disah

Na pace są już kozy , ale mieścimy się i podroż mija bardzo ciekawie , mijamy wąskie kaniony , księżycowe skalne krajobrazy , wypalone przez słońce skrawki zieleni. Na końcu doliny dziękujemy poganiaczom, krótki odpoczynek i idziemy z buta z powrotem. Najgorszy upał już zaczyna się kończyć więc kolejne 5 godzin spędzamy wśród pięknych okoliczności przyrody zupełnie sami wędrując drogą powrotną do wioski. No może nie zupełnie sami – nie licząc węża pod kamieniami przy których odpoczywamy i jedynego miejsca wskazującego że nie jesteśmy na obcej planecie: chaty z blachy falistej w której oprócz zagrody kóz siedzi jeden hindus i ma krany z wodą do pojenia kóz oraz gotuje dla nas herbatę którą nas częstuje. Dobrze że to pan hindus bo w końcu ramadan i nic byśmy nie wypili a tak po opróżnieniu dwóch czajników zbieramy się w dalszą drogę i na wieczór jesteśmy na naszej chatce.


wadi Al Disah

Al Ula




Następnego dnia jedziemy dalej na południe.

Przed nami jedna z największych atrakcji Arabii Saudyjskiej – starożytne budowle Mada'in Salih przy średniowiecznym mieście Al Ula . Znowuż jakieś 200-300 km przez pustynie , i już zbliżamy się do celu. W tym regionie można oglądać starożytne budowle nabatejczyków, głównie ich grobowce, potocznie zwane „mała jordańską Petrą”. Jako zdjęcie główne na górze ustawiłem fote najbardziej znanej starozytnej   budowli , wizytówkę Arabii Saudyjskiej  jak piramidy w Egipcie, grobowca Lihyana,  znany również jako lub „Samotny Zamek”.

Miejsce to stanowi najbardziej wysuniętą na południe i największą osadę królestwa po Petrze, jego stolicy. To miejsce jest znakomitym przykładem architektonicznego osiągnięcia Nabatejczyków i wiedzy hydraulicznej. To pierwsze miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Arabii Saudyjskiej.


widok na Al Ula z okolicznych wzgórz



        Tu już istnieje świeża infrastruktura turystyczna, co prawda dopiero raczkuje bo jeszcze dwa lata temu było to wszystko na otwartej przestrzeni , teraz już jest otoczone drucianym płotem o terenie wielkości dużego miasta. Jest wypaśna recepcja, są food trucki, wszystko oczywiście nieczynne bo zaczyna się powoli pora gorąca, z dnia na dzień jest wyższa temperatura, do tego ramdan...

Turystów niewielu, w specjalnym autokarze którym jedzie się zwiedzać starożytne budowle wykute w skałach są oprócz nas dwie dziewczyny: Ukrainka i Meksykanka , obie pracujące w Arabi jako joginki;) Chodzimy więc sobie razem oglądając te wspaniałe dzieła skalne , przy każdym ochrona – przewodnicy czyli zakwefione od stóp do głów kobiety w czerni.


  podczas zwiedzania  starożytnych  budowli Mada'in Salih

    Po południu chcemy też skorzystać z atrakcji typu zip-line czyli górska tyrolka pomiędzy majestatycznymi skałami w górach. Dogadujemy w recepcji gdzie to jest i o której można z tego skorzystać i jedziemy za miasto. Jest tam nowoczesny, nowiutki piękny budynek jako baza do uprawniania rożnych sportów górskich oczywiście zamknięta i nikogo nie ma mimo wyznaczonej godziny. Wracamy do miasta do recepcji: kobitka dzwoni znowu do kogoś i potwierdza że ten ktoś z obsługi tam będzie ale później. Szwendamy się trochę i znów tam jedziemy.


        Czekamy u podnóża skał ze dwie godziny, spacerujemy wokół , wchodzimy na skały, czekamy, przybywa w końcu, owszem ale ochroniarz który otwiera przybytek i się w nim modli. Lekko skonsternowani wracamy do miasta – jest już wieczór , ta samo dziewczę w recepcji znów pisze do tego kogoś i nam nawet pokazuje szlaczki w komórce że przecież tak potwierdzał jej że będzie tam. Czyli jakby chciała nam powiedzieć cytując klasyka: nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? :) Machamy ręką wiedząc że nic z tego nie będzie i jedziemy do zabukowanego wcześniej hotelu.

Mieszkamy w nowej części Al Ula , hotel już lekko przypomina hotel, oczywiście nie opisany , bez recepcji, a po kierownika dzwoni się na podany nr na kartce na drzwiach. Każdy pokój znów jak pełnometrażowe mieszkanie, czyli dwa spore pokoje, olbrzymia łazienka i kuchnia, wszytko większe od naszego ostatniego mieszkania w Katowicach.


        Spędzamy tam dwie noce. O zmierzchu wjeżdżamy na viewpoint oglądać miasto z lotu ptaka. Pośród bazaltowych skał na wzgórzu jest małe plateau z którego rozciąga się wspaniały widok na dolinę , krajobraz księżycowy , zewsząd skały , pustynia i tylko w dole pięknie oświetlone miasteczko. W mieście w nowej części – aż wierzyć się nie chce , hipsterska uliczka z placem gdzie obok meczetu pomalowanego na kolorowo (SIC!), pojawiają się stragany, food trucki które otwierają się po zachodzie słońca, knajpy z hamakami itp.


w "hipsterskiej"  knajpie;)

        Wszystko pięknie podświetlone, turystów oprócz nas brak, jest za to kilku posilających się gastarbeiterów. Na późny wieczór idziemy oglądać średniowieczne miasto – pięknie zachowane z super klimatem , z mnóstwem lokali, w średniowiecznych domach z których ludzie się wynieśli stad dopiero w latach 80-ych mienionego stulecia i z labiryntem wąskich przystrojonych tradycyjnie uliczek. Tu już sporo ludzi – oczywiście głównie panowie palący fajki wodne i raczący się lokalnymi kawami które są tu wypalane na miejscu.


średniowieczne Al Ula

    W okolicach Al Ula jedziemy jeszcze zobaczyć kilka pustynnych dziwnych formacji skalnych.

Głównie chodzi nam o Skałą Słonia, znaną jako Jabal AlFil, jeden z geomorfologicznych cudów AlUla, który stał się jednym z kultowych punktów orientacyjnych AlUla. Ta spektakularna formacja skalna przypomina słonia, którego trąba dotyka ziemi.


inna formacja skalna zwana butelką:)

Dużo większy i już na zupełnym odludziu jest olbrzymi łuku, błądzimy trochę bo nie ma żadnych wskazówek dojazdu do niego , trzeba zjechać z głównej szosy na drogi szutrowo – piaskowe i szukać na własną rękę z pomocą ciągle gubiącego się Googla.


        Stamtąd jest nie tak daleko do słynnych „wymarłych” stacji kolei Hidżaskiej budowanej w okolicach roku 1900 od Damaszku do Medyny . W czasie rewolty arabskiej w latach 1916-1918 o której mowa m.in. w starym kinowym hicie „Lawrence z Arabii” była ona częstym celem ataków . Nie możemy znaleźć nigdzie koordynatów na nie , znajomy który był autem terenowym miesiąc przed nami wrzucił nam kilka pinezek i dzięki temu możemy odnaleźć jedną z opuszczonych stacyjek z leżącymi tu od ponad stu lat w stanie prawie nietkniętym wrakami lokomotyw i wagonów wykolejonych podczas walk. Nadrabiamy sporo drogi na północ ale warto. Błądzimy mocno po pustyni , udaje nam się odnaleźć stacyjkę-widmo, jest nawet droga asfaltowa przebiegająca koło niej. Miejsce jest apokaliptyczne – pośród niczego na pustyni w pełnym skwarze otoczone dziurawym drucianym płotem ,na wpół przysypany piachem wywrócony zardzewiały tabor, stara studnia i resztki zabudowania stacji.



zatakowany i  porzucony  tabor kolei  Hidżajskiej




Al Umluj



Kierujemy się dalej na południe znów w stronę wybrzeża, do Al Umluj gdzie zabukowałem wcześniej noclegi w namiotach nad oceanem. Miejsce jest b. fajne kilkadziesiąt dużych namiotów które mają podwieszone klimy , własne łazienki. Jest też kilka kotów oraz gość z obsługi. Wieczorem zajeżdża kilkoro młodych Azjatów .

Po drodze co chwile jemy w aucie – w ukryciu. Nie można jeść ani dać się zobaczyć że coś spożywamy przed zmrokiem więc stajemy gdzieś pośród niczego i posilamy się głównie kawą z puszek z marketów oraz robimy sobie falafele których składniki można zakupić zarówno na wiejskich sklepikach jak i w miastach w marketach. Choć Aga twierdzi że są to najgorsze falafele jakie jadła w życiu;)

Pewnie dlatego że ja je zawijałem;)


nasze namioty  w Al Umluj

    W mieście idziemy na główny corniche przy plaży. Żywego ducha, słonce w zenicie parzy niemiłosiernie, postanawiamy się wykapać oczywiście dziewczyny w spodniach i nie tylko;)

Na plaży są co jakiś czas zadaszone altanki więc okupujemy jedną z nich . Po tym arabskim plażingu jedziemy wzdłuż wybrzeża na południe. Do naszego kolejnego celu - Jeddah jest jakieś 500 km. Po drodze miasteczko Janbu, w którym zatrzymujemy się na nocleg.


        Żeby coś zjeść wieczorem w miasteczkach i na wiochach trzeba się nieźle wstrzelić w określony czas. Zaraz w okolicach zmroku wszystko się otwiera ale już po godzinie niektóre lokale się zamykają bo już wysprzedały wszystko i można się odbić od drzwi albo od pustych garnków. Do Janbu docieramy już późnym wieczorem i jedyna otwarta knajpa w mieście która ma jeszcze żarcie to hinduska restauracja na niezłym wypasie. Jest szwedzki stół - za dość konkretną sumę jak na tutejsze warunki jemy ostre do bólu tandori oraz mnóstwo mega słodkich hinduskich słodkości:)


Nazajutrz kontynuujemy podróż do Jeddah - drugiego największego miasta w Arabii po stolicy liczącego ponad 5 milionów mieszkańców. Jest ono mocno kosmopolityczne jak na warunki saudyjskie, już wjeżdżając czujemy powiew olbrzymiej metropolii , rozciągającej się na kilkadziesiąt km wzdłuż wybrzeża. Wszystko zaczyna się rozświetlać a przed wjazdem do miasta to już zupełny Dubaj. Mamy tutaj umówiony nocleg przez Couchsufring . Spotykamy się z Hassanem,  jest Egipcjaninem , ugaszcza nas w dziwnym miejscu – wielkim pokoju w którym sam nie mieszka albo i mieszka ale się wyniósł, w starej arabskiej kamienicy gdzie panie z filipin właśnie kończą sprzątanie. Jest bardzo klimatycznie, Hassan robi nam wieczorne zwiedzanie miasta, jedziemy więc na corniche skąd oglądamy ponad trzystu-metrową fontannę króla Fahada najwyższą na świecie. Jest wpisana do księgi rekordów Guinnessa, stoi na specjalnie dla niej wybudowanej sztucznej wyspie a woda która jednorazowo utrzymuje się w powietrzu ma wagę prawie 16 ton;) . Jest pięknie podświetlona 500 reflektorami i widoczna z całego wybrzeża.


Jeddah

W nocy miasto ożywa niesamowicie, o godz 1 w nocy robią się olbrzymie korki, wszystko huczy od gwaru , wszystko jest pootwierane a np. o godzinie 3 w nocy barberzy pracują pełna parą jak by to była 3 po południu = mają mnóstwo klientów;)


Na corniche tłum jest tak gęsto że przeciskamy się miedzy rodzinami z dziećmi i parami zakochanych co jak na warunki saudyjskie jest rzeczą rzeczywiście niespotykaną. Nazajutrz zwiedzamy miasto meczet Hasan Enany , robimy sobie zdjęcia pod drugą największa flagą na świecie co jest to nie lada sztuką ba za cholerę nie mieści się w kadrze;) . Jeddah Flagpole to maszt flagowy na placu Króla Abdullaha w centralnym Jeddah . Ma 171 metrów wysokości i był najwyższym masztem flagowym na świecie od 2014 roku do grudnia 2021 roku, kiedy to w Egipcie wzniesiono maszt o wysokości 201,952 m. No mają rozmach proszę;)




        Kolejnego dnia oglądamy stary Jeddah: Al -Balad. Jest to niesamowity istny labirynt uliczek . Al-Balad został założony w VII wieku i historycznie stanowił centrum miasta. W latach 70. i 80. XX wieku, kiedy Jeddah zaczęło się bogacić dzięki boomowi naftowemu, wielu mieszkańców Jeddawii przeniosło się na północ, z dala od Al-Balad, ponieważ przypominało im to mniej zamożne czasy. Na miejsce ludności saudyjskiej wprowadzili się biedni imigranci. Stare miasto zostało wpisane na listę zabytków UNESCO w 2014 r..Część jest niestety ciągle wyburzana i stawiane są nowe „szklane domy”.

Włóczymy się tak od suku do suku kilka godzin.


na starym Al-Balad


na starym Al-Balad

Jest jeszcze jasno więc nic nie jemy , o zmierzchu na nowym mieście posilamy się w lokalnej restauracji gdzie po bezskutecznej próbie dogadania się i zamówieniu czegokolwiek do jedzenia w sali na dywanach podają pyszne zupę – ala rosół, wołowinę z ryżem, na deser coś w rodzaju sernika – torciku - budyniu na gorąco. Palce lizać:). Jak wychodzimy obsługa też kończy swoja iftar i na „do widzenia” rozdają nam świeże samosy.


        Kolejnego wieczoru jedziemy do nowoczesnej dzielnicy gdzie jest wybudowany tor formuły tor Formuły 1 - Jeddah Street Circuit . Grand Prix Arabii Saudyjskiej zostało w 2021 roku na stałe wpisane do kalendarza formuły 1. Za dnia dzielnica z nową promenada była zamknięta, wieczorem jest otwarta i jest miejscem „lansu” saudyjskiej młodzieży. Wszystko jest nowe, nowoczesna europejska architektura, arabska muzyka sączy się z głośników,

Wszędzie wymuskane sklepiki z pamiątkami i słodkościami , ubikacje publiczne jak w najlepszych hotelach z temperaturą o 20 stopni mniej niż na zewnątrz. Tutaj już w ciągu dnia temperatura przekracza 40 stopni – znaczy że zjechaliśmy już mocno na południe


Jedną z najciekawszych budowli przy tej nowej promenadzie jest Al-Rahmah Mosque – meczet wybudowany na wodzie czyli tkzw. „Pływający Meczet” jedna z najbardziej charakterystycznych wizytówek miasta. Ciekawy architektonicznie biały meczet - to połączenie tradycyjnej regionalnej architektury i nowoczesnej technologii (tak twierdzi LP) . Meczet zbudowany został na filarach, z nabrzeża wydaje się rzeczywiście jakby unosił się na wodzie.


"pływający meczet" oraz inne nowoczesne budowle przy Formula 1 Corniche circuit

        Dalej na północ nieopodal powstaje niebywała konstrukcja: Jeddah Tower - wieżowiec, którego wysokość ma przekroczyć 1000 m. Widać go stad doskonale - na razie ma pewnie tyle co wieża Eiffela. Tak oto powstaje najwyższy budynek na świecie, który przyćmi swego konkurenta w Dubaju:)

Wieczorem zawożę dziewczyny do Fakieh Aquarium z tunelami podwodnymi (a w nich ok. 200 gatunków zwierząt morskich) sam zaś próbuję pochwytać neta i zaplanować coś dalej;)



        Spędzamy w Jeddah kilka dni , bierzemy już hotel gdyż Hassan  nie mógł już nas dłużej zakwaterowywać. Ostatniego dnia chcemy skorzystać z uroków plaży , mimo ze miasto ciągnie się kilkadziesiąt km wzdłuż wybrzeża , całe jest zabudowane rezydencjami i resortami , dopiero po kilku godzinnej jedzie na obrzeżach udaje nam się znaleźć skrawek zjazdu . Znów oprócz jednego śmietnika i trójki Azjatów nikogo nie ma , tak czy owak w takiej temperaturze na zewnątrz warto trochę się schłodzić . Na obrzeżu miasta znajdują się stadniny królewskie – nie możemy tego dziewczynom odmówić, mają sporą szpule na jazdę konną. Stadnina jest bardzo okazała, jak na królewską przystało, obsługa pozwala nam się poszwendać i popodziwiać piękne Araby.



Przed nami challenge;)


Mecca


        

    Wyjeżdżając na autostradę wszystkie znaki wskazują już jedno – czarny piktogram Al Quabah – czyli niedaleko Mekka. Przed zmrokiem podejmujemy decyzję – jesteśmy już bardzo blisko tego świętego miasta Proroka do którego niewierni nie mają wstępu. Ale czy nie warto spróbować? Stwierdzamy że jednak nie będziemy tu szybko z powrotem ( co z tego że będziemy tu w następnym roku;) a co tam , spróbujemy wjechać :) najwyżej nas nie wpuszczą na bramkach.


        Najpierw przebieramy się w nasze „arabskie ciuchy”. Przywdziewam białą długą koszule i długie lekkie jasne spodnie , dziedziczny zakładają chusty. Ponieważ jest covid wszyscy zakładamy maseczki. Na 20 km przed miastem jest zjazd z autostrady z olbrzymim napisem „NON MUSLIMS this way”. Pomijamy go i jedziemy dalej. Parę km i pod olbrzymią górującą nad autostradą podświetlana podstawką na koran jest wielki chceck point jak przy opłatach autostradowych w europie. Jest już ciemnio, sznur aut do każdego stanowiska , znudzony strażnik pod bronią pokazuje tylko jechać, jechać. Więc jedziemy. Za następne paręnaście km zaczyna się miasto. Najpierw z daleka widzimy już Makkah Clock Royal Tower czyli najwyższą i największa na świecie wieże zegarową na w największym na świecie cie zespole hotelowym  Abraj Al Bait (w wolnym tłumaczeniu Wieże Domu przy świetym meczecie Masjid Al Haram . Nawet będą c daleko przd miastem z łatowścią można odczytac godzinę podobno z odległości 17 kilometrów: wieża zegarowa w Mekce jest najwyższą na świecie. Tarcza zegara mierzy 43 metry, a wskazówka minutowa - 23 metry długości! Dla porównania - tarcza zegara jest 35 razy większa niż ta w londyńskim Big Benie.

         Na razie jest ok, wbijamy do navi al-Haram w centralnym punkcie miasta wokół którego jest ring i drogi rozchodzą się na wszystkie strony świata. Jest to centralne i najważniejszy punkt dla całego świata muzułmańskiego. Każdy wyznawca powinien raz w życiu odbyć pielgrzymkę do Mekki. Z tego powodu pomimo braku turystów miasto jest siódmym miastem najczęściej odwiedzanym na świecie . Widać to od razu. Nieprzebrane tłumy wiernych ze wszystkich szerokości geograficznych, grupy poubierane bardzo zróżnicowanie w zależności skąd przyjechały. Szok totalny , pełno autokarów,nowoczesna kolej naziemna , wszędzie olbrzymie hotele „gargamele” z których wylewają się wierni. Na ulicach mnóstwo check pointów . Boimy się bardzo, za każdym razem jak widzimy z z daleka check to skręcamy , bądź zawracamy. Krążymy tak godzinami chłonąc to miasto. Trzy razy udaje nam się podjechać na ring , bezpośrednio przy świętym meczecie. Za ekranami oddzielającymi widzimy minarety meczetu i słychać śpiewy muezzinów. Wszytko rozświetlone jakby był środek dnia. Wpadamy na pomysł szybko zabukować w którymś z hoteli zlokalizowanych w  Abraj Al Bait ak np. Movenpick Makkah Hajar Tower lub Pullman ZamZam Makkah byle by z widokiem z okien na Al Haram i w środku czarna Al Kaba. Ceny powalają z nóg ale podejrzewamy że to byłoby kosmiczne przeżycie zobaczyć to wszytko z góry.


Albo chociaż wejść na bezczela do którejś z restauracji na setnym pietrze ale szybko porzucamy ten pomysł. Jesteśmy już pod nim , ale liczne wjazdy do niego są w podziemiach mnóstwo policji i ochrony zaglądających do każdego auta podjeżdżającego do bramek hotelowych. Nie chcemy bezpośredniej konfrontacji bo nie wiemy czym się to skończy , w końcu nie wolno nam przebywać w świętym mieście a co dopiero tutaj. Obawiamy się nie tylko policji religijnej ale i reakcji tłumów na ewentualną awanturę uliczną;) Z auta wychodzimy tylko porobić zdjęcia w miejscach gdzieś za budynkami bez ludzi ( trudno takie znaleźć) lub bezpośrednio stając na autostradzie na awaryjnych żeby raczej nie spotkać pielgrzymów kótrrzy częśto wyglądają jakby byli w jakimś (religijnym?) amoku. Jest cyrk ze znalezieniem miejsca na siusiu dla Klementyny ale udaje się:)


Kompleks  Abraj Al Bait widoczny zewsząd posiada kilka światowych rekordów, w tym najwyższy hotel na świecie, najwyższy zegar wieżowy  na świecie, największa na świecie tarcza zegara, i największy na świecie budynek pod względem powierzchni:)

Kompleks stał się drugim pod względem wysokości budynkiem na świecie w 2011 roku, ustępował tylko Burji Chalifa w Dubaju. Od 2015 roku zajmuje 3. miejsce. drugi jest Shanhgai tower

Jego wysokość to 601 m, a liczba pięter - 120. drugi jest Shanhgai towerKoszt budowy tego kompleksu to około 15 miliardów dolarów.
W wieżowcu znajduje się taras widokowy na wysokości 558 metrów nad poziomem gruntu. Oprócz niego, w budynku mieści się m.in.: centrum obserwacji księżycowej, muzeum kosmologii, Muzeum Islamu oraz sala modlitwy, w której jednocześnie może się znaleźć ponad 10 tysięcy osób. Nie brakuje oczywiście restauracji, sali balowej na 700 osób, sal konferencyjnych i lądowisk dla helikopterów.


widok na kompleks Abraj Al Bait oraz świety meczet   Al Haram




W mieście jest olbrzymie miasto namiotowe dla pielgrzymów – ciągnie się hektarami – wraz z górującym nad nim meczetem Al Haram robi niesamowite wrażenie. Po kilku godzinach jeżdżenia i nasycenia oczu niezwykłościami tego miejsca już głęboko w nocy mamy dość i obieramy kierunek północny.



Górskie Taif


Jedziemy w stronę górskiego Taif. Szybko za bramkami Mekki znajdujemy nocleg po licznych dopytywaniach w jakiejś wiosce przydrożnej. Kolejnego dnia pniemy się w górę po kilometrami ciągnących się serpentynach wjeżdżamy na 1879 m n. p.m. Jest to miejsce w które latem odwiedza rodzina królewska – jest tu wówczas kilka stopni miej niż w Rijadzie. Rzeczywiście po kilku godzinach w mieście jest dwadzieścia stopni, w Mekce wczoraj było 40 stopni. Jest tu kolej linowa , dziewczyny jadą ze wzgórza do Arruddaf Park parku rozrywki oczywiście w arabskim wykonaniu. Atrakcje wodne jeszcze nie czynne – czekają na lato. Korzystamy za to z letniego toru bobslejowego. Jest tu trochę pielgrzymów oraz pierwszy raz spotykamy dwie białe rodziny z dziećmi . Miejsce całkiem sympatyczne są knajpy czynne od zmroku.




        W Taif są super punkty widokowe . Pełno na nich małp na które trzeba uważać bo podchodzą do aut, jak się otworzy szybę to wyciągną coś lub zaatakują. Są dość agresywne, wszyscy je dokarmiają – ich ramadan nie obowiązuje;). Nie boją się w ogóle ludzi, podchodzą, wyrywają z rąk i wydają złowrogie dźwięki. Z takiego punktu roztacza się piękna panorama na góry Al Hada i ciągnącą się serpentynami drogę - można zrobić zdjęcie które jest w przewodniku LP :). O zmroku polujemy na otwierające się lokale np. pizzerie które na wynos robią całkiem fajne arabskie pizze;) Tu już prawie jak w alpach włoskich:)




        Jako że podózujemy z naszymi córkami w wieku 10 i 12 lat teraz słów kilka o kwestiach społecznych – zupełnie koszmarnych dla przeciętnego zjadacza chleba znad Wisły. Skrajny konserwatyzm dotyka także wychowania dzieci, które są rozdzielane w wieku 7 lat i od tego momentu aż do dnia ślubu wychowują się, nie mając praktycznie żadnego kontaktu z płcią przeciwną. Niemożliwe jest wyjście mieszanej pary przyjaciół do kawiarni czy do kina. Religijna policja skwapliwie sprawdzi, czy są oni małżeństwem. Jeśli nie, czekają ich poważne konsekwencje. 

Małżeństwa najczęściej są aranżowane przez rodziców, a jednym z ostatnich czynników, które są brane pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o ślubie, jest zdanie panny młodej. O potencjalnym uczuciu nawet nie ma mowy. Przyszła żona będzie miała zapewniony dobrobyt, jednak z jej wolą nikt się nie liczy.

Islam oraz wynikające z niego nakazy sprawiają, że kobieta w Arabii Saudyjskiej ma status prawny dziecka i jest całkowicie zależna od swojego męża, który może jej zabronić wychodzić z domu, pracować, opuszczać kraj. Z drugiej strony utrzymanie rodziny leży całkowicie po stronie mężczyzny. Kobieta, jeśli pracuje, zatrzymuje wszystkie zarobione pieniądze dla siebie. Jeśli zaś chodzi o kwestie finansowe, na te poddani Saudów narzekać nie mogą.

Społeczeństwo Arabii Saudyjskiej jest bardzo zamożne. Bardzo. Szczególnie w porównaniu do realiów krajów Europy środkowo-wschodniej. W 2018 roku obywatel tego kraju zarobił miesięcznie średnio 2690 dolarów. W wielkich miastach najbardziej pospolitymi pracami zajmują się wyłącznie imigranci, którzy stanowią aż 30% mieszkańców kraju (około 12 milionów).

Saudyjczycy mogą także liczyć na olbrzymią pomoc finansową od rządu, zarówno w kwestii wsparcia osób bezrobotnych, jak i dotacji dla wielkiego i małego biznesu. Taką politykę socjalną umożliwiają największe na świecie złoża ropy naftowej (ponad 1/4 światowych złóż ropy naftowej), dzięki którym środki finansowe, jakimi dysponuje królewska rodzina Saudów, są praktycznie nieograniczone.

Wydaje się, że sytuacja odpowiada wszystkim: zarówno kobietom, jak i mężczyznom. 80 na 100 saudyjskich kobiet nie chce zmian, doceniając fakt, że nie muszą zajmować się trudami codziennego życia. Przeciętną Saudyjkę na zakupy wozi prywatny kierowca, a o domowy porządek dba w jej imieniu służba. Złota klatka jest zbyt kusząca.




Medyna




        Od Taif najbardziej wysuniętego na południe z całej naszej wyprawy obieramy już drogę powrotną na północ. Do naszego miasteczka w którym rozpoczęliśmy i gdzie mamy zwrócić auto jest około 1500 km. Z Taif mamy jakieś 400-500 km na północ do drugiego świętego miasta: do Medyny. Tu od niedawna można już wjeżdżać niewiernym.

Medyna jest drugim, po Mekce, co do znaczenia ośrodkiem kultu religijnego w świecie islamu, dlatego nazywana jest często Al-Munawwara (oświecona). Tutaj po ucieczce z Mekki (hidżra) schronił się prorok Mahomet. Na miejscu domu, w którym miał mieszkać Mahomet powstał meczet, w którym obok grobu proroka znajduje się również grób jego najdroższej córki,Fatimy matki Imamów. Groby te są celem pielgrzymek milionów muzułmanów wyznania szyickiego.



Bukujemy na szybko jakieś noclegi w Medynie i po całym dniu w drodze docieramy. Jest jeszcze jasno, tu tłum podobny jak w Mekce – wszyscy kierują się do meczetu Al-Masdżid an-Nabawi czyli do meczetu proroka.


pod Al-Masdżid an-Nabawi czyli do meczetem proroka

Jest to też jeden z największych meczetów świata zbudowany w 622 r. oraz drugie po Mekce  najświętsze miejsce islamu, do którego przybywają pielgrzymi odbywając hadż  zarówno sunnici jak i i szyici.


 pod Al-Masdżid an-Nabawi czyli do meczetem proroka 

   Jest piknie – możemy wejść . Przed nim rozciąga się olbrzymi plac z olbrzymimi parasolami które za parę godzin po zmierzchy zamkną się. Meczet może pomieścić podobno milion wiernych. Jesteśmy w naszych „strojach” czasami ktoś nas zaczepia skąd jesteśmy , pytają czy zdajemy sobie sprawę w jakim miejscu się znajdujemy . Nie ma żadnych innych nie muzułmanów – tak nam się wydaje bo nawet jeśli spotykamy tu białych to są oni modlący się na licznych rozłożonych dywanach przed meczetem lub w środku. Do wewnątrz wchodzimy oczywiście osobno, Klementyna nie może wejść czeka w strefie dla dzieci ( dla dziewczynek) . W środku jak w wielkim mieście życie toczy się jak wszędzie ludzie modlą się, rozmawiają , śpią , nastolatkowie siedzą na komórkach...


środku Al-Masdżid an-Nabawi 

  
 
pod Al-Masdżid an-Nabawi czyli do meczetem proroka 

    Wieczorem wybieramy się na „hop-on-off bus tour” odkrytym busem. Fajna sprawa, oprócz tergo że zaraz odjeżdżał i nie zdążyliśmy przedłużyć w parkomacie opłaty za nasz postój:) Wiezie nas po wszystkich najważniejszych miejscach w Medynie m. in do Uhud Battlefield a ze słuchawek dowiadujemy się o wspaniałych podbojach Mahometa . Po wyjściu z busu na kole naszego woza jest blokada – miejsce które było puste parę godzin temu jak opłacaliśmy , teraz już jest dawno po terminie zapłaty, full samochodów no trzeba wzywać służby po odblokowanie:)


 wieczorowa porą   pod Al-Masdżid an-Nabawi czyli do meczetem proroka 

    Rano wybieramy się do centrum handlowego które mijaliśmy poprzedniego dnia na turze. Możemy trochę poprzebywać w klimie przyjrzeć się modzie „made for ramadan” ;)

        Zaczynamy powoli tak jak miejscowi żyć zgodnie z czasem ramadanowym – czyli chodzimy bardzo późno spać i śpimy do południa. Wcześniej budzić się nie ma sensu bo rano i tak wszystko jest wymarłe . Boimy się tylko podróżowania autostradami po zmierzchu ze względu na wielbłądy które wchodzą gdzie i kiedy chcą na drogi .


Z Medyny jedziemy dalej na północ. Przed nami przez największa pustynię piaszczysta na świecie Ar-Rub-al-Chali  , Zajmuje 650 tyś. km . Schodzi nam na to kilka dni. Podobno tutaj powstawały niektóre baśnie z IX–X w. „Księgi tysiąca i jednej nocy” - opowieści zamknięte w kompozycyjną ramę legendy o  sułtanie Szachrijarze i jego żonie Szecherezadzie , z głównym wątkiem narracyjnym Szeherezady.



Hail, Jubbah

   Hail

    Zatrzymujemy się w miasteczku Hail gdzie możemy podpatrzeć wieczorne życie miejscowych na, wałęsamy się po sukach, straganach, czasami jesteśmy miło witani w knajpkach i licznych kawiarniach których w miastach są dziesiątki. Czasami wygląda jakby jedynymi lokalami były kawiarnie:) . Gdy rozlega się śpiew muezzina wzywający na modlitwę wszystkie miejsca są momentalnie opuszczane , bez zamykania na klucz – wyglądają wtedy jakby wymarłe. Złodziejstwa pewnie nie ma skoro można za to stracić rękę czyli zupełnie jak w średniowieczu. Podczas czasu modlitw jesteśmy wypraszani grzecznie ze sklepów, nic wtedy nie można załatwić czy kupić. Jest tu to bardzo respektowane nie jak w Emiratach , Maroku czy Jordanii gdzie niektórzy się modlą nie którzy nie.

Bakhoor czyli palenisko na kadzidła w  wersji ulicznej na jedenym z rond gdzieś w Arabii. Takie samo w  w  wersji normalnej - pokojowej kupiliśmy na bazarze i teraz "odkażamy" się w domu:)

W centrum po wieczornym spacerze gdzie przed chwila kupiliśmy saudyjski Bakhoor czyli bardzo popularne tutaj kominek do palenia kadzidła zapachowego które jest w każdym domu, hotelu,knajpie szukamy naszego auta, niestety nie możemy go znaleźć. Mamy jakieś deja vu choć pamiętamy gdzie zaparkowaliśmy i już myślimy ze coś z nami jest nie tak gdy nagle widzimy samochód policyjny odholowujący co chwila jakieś źle zaparkowane auto. Dowiadujemy się gdzie można odebrać takie auta i po chwili po odstaniu w kolejce z podobnymi nam oraz uiszczeniu opłaty karnej odbieramy naszą Kiję.


        Przed nami jedne z ciekawszych miejsc do odwiedzenia na pustynie a mianowicie rysunki naskalne w Jubbah. Docieramy tam któregoś dnia zaraz przed zamknięciem . Znowuż jest to pośrodku niczego. Nie ma nikogo jeden Facet z obsługi wraca z modlitwy i otwiera nam bramę. W rejonie Jubbah jest około 2000 stanowisk ze sztuką naskalną. Te ogrodzone i najlepiej zachowane pochodzą z niemal wszystkich okresów zasiedlenia tego obszaru. Najstarsze z okresu paleolitu i neolitu, tutaj sprzed około 8000 -10000 lat później z chalkolitu , epoki brązu czy żelaza. Te najstarsze pokazują zwierzęta które mogły się wypasać na zielonych ternach na tych ziemiach czyli były tutaj całkiem inne inne warunkach przyrodnicze. Było tu kiedyś paleojezioro a klimat był dużo bardziej wilgotny. Włóczymy się pomiędzy skałami z pięknymi sztuką naskalną , niektórą wykonaną też całkiem współcześnie – kilkadziesiąt lat temu.


Z Jubbah jedziemy dalej na północ.

Któregoś dnia w nocy jadąc wieczorem widzimy gigantyczne miasto ciągnące się po horyzont, miliony świateł, z olbrzymia łuną. Jesteśmy w szoku – Google nie pokazuje tu nawet wsi, a wygląda jakbyśmy mieli przed sobą Nowy Jork w oddali. Po kilkunastu km zbliżania się widzimy dodatkowo sporo płomieni wydobywających się z kominów. Dochodzi do tego specyficzny zapach. Już wiemy co jest przed nami – to olbrzymie zakłady wydobywcze ARAMCO największego koncernu wydobywczego ropy na świecie. Przejeżdżamy kolejne 100km a zapach światła tego „miasta” są ciągle jeszcze widoczne.


Kontynuujemy podróż przez Daumat Al -Jandal , w kolejnych dniach dojeżdżamy do naszego punktu startowego Al Qurajjat. Czyli zataczamy spora pętle przez Arabie – kraj tak duży (7 razy większy od Polski) że przejechawszy prawie 5400 km zwiedzamy go tak mniej więcej w jednej trzeciej:)


        Na koniec czeka nas jeszcze jedna przygoda. Przed wjazdem do miasta widzimy najpierw trąby piaskowe, coraz większe i bliższe , wspaniale kontrastujące z pełnym słońcem, w pewnym momencie widzimy ścianę piachu jeszcze bardziej kontrastującą z błękitnym niebem, gdy nagle chcąc nie chcąc wjeżdżamy w nią czyli w burze pisakową. Robi się momentalnie ciemni, widoczność spada do paru metrów, cale auto jest „ piaskowane” ze wszystkich stron. Jadać paręnaście na godzinę dojeżdżamy na dworzec kolejowy który mimo zamkniętych drzwi cały jest wewnątrz w piachu i pyle .

        Zdajemy nasze auto. Jeszcze poszukiwanie noclegu które nie jest tu łatwe - Google nic prawie nie pokazuje do hoteli do których docieramy nie ma w ogóle obsługi , są jak wymarłe. W końcu docieramy do czynnego gdzie obsługa pod krawatem. To spora różnica z ostatnim hotelem w Daumat Al -Jandal gdzie obsługa była pakistańska, pan z recepcji bez zęba na przedzie po usłyszeniu skąd jesteśmy powtarzał często „give me polish many” :)




nad Morzem Martwym w Jordanii


Samolot powrotny z Jordanii mamy jutro – widząc że nie wrócimy środkiem publicznym do tego kraju postanawiamy skorzystać z ubera:)


Z samego rana tak dla beki nabijamy punkt przy Morzu Martwym w Jordanii przy granicy z Izraelem oddalony o jakieś 260 km od nas. I nagle zgłasza się jeden kierowca i podjeżdża :)

Po krótkiej rozmowie głównie na migi i przez translatora stwierdza że nas tam weźmie tylko musi jeszcze jechać do domu po paszport. Ustalamy cenę która nie bardzo się zgadza z podaną na aplikacji ale nie mamy wyboru - jest i tak ok wiedząc jakie trudności przyjdzie nam przechodzi znów na granicy i wyruszamy. Trwa to razem dobre pół dnia podczas którego głównie słuchamy arabskiej muzy na pełny regulator i obserwujemy „taniec” kierowcy polegający na ciągłym klaskaniu , poklepywaniu się, poklepywaniu kierownicy, trzymaniu się za serce itp;)


W końcu prawie głusi docieramy w miejsce które jeszcze przed wylotem chcieliśmy pokazać naszym dziewczynom. Czyli tu gdzie wszędzie biało od soli a wodzie z powodu ekstremalnie wysokiego zasolenia można stać i siedzieć . Wygoglalaliśmy bezpańską plaże – za to z pięknym całym nabrzeżem w solnych kreacjach. Zostajemy tu do zachodu słońca racząc się dziwnymi kąpielami w wodzie w której nie da się „pójść na dno” .

Wcześniej oczywiście od naszego kierowcy odkupujemy kilka baniaków z wodą żeby móc się obmyć po wyjściu z tego Morza naprawdę martwego. O umówionej godzinie przyjeżdża po nas jordański taksiarz którego wcześniej zaczepiliśmy na brzegu i już za godzinę jesteśmy w hostelu pod Ammanem nieopodal lotniska. Tu już sporo backpekersów, czujemy klimat jak czternaście lat temu odwiedzając ten kraj .


Jeszcze tylko krótki lot do Katowic i po trzech tygodniach wracamy a tu już po świętach wielkanocnych;)



a tu krótki film z tego wypadu;)
powrót  do  menu   podróże