Barbados  z Matyldą i  Klementyną - luty 2022

                      

   Pełny album zdjęć - kliknij na zdjęcie poniżej: 


          


        

            Bilety na Karaiby mieliśmy już kupione pół roku wcześniej na St. Vincent i Grenadyny linią Air Canada. Niestety loty się zmieniły, połączenie się „rozjechało” w Kanadzie i mimo wielu prób przebukowania go w końcu anulowali nam je (tym razem szybko zwrócili kasę). Mieliśmy więc wolne ferie, nart też nie mieliśmy zaplanowanych . Zaraz po przylocie z Tanzanii pojawiła się super cena na Barbados z Amsterdamu, łatwo było to powiązać z polskim lotniskiem w rozsądnej cenie z Warszawy KLM'em przez Amsterdam do Bridgetown. Cena biletu 1695 zł na całą podróż od osoby. Jak na Karaiby w sezonie z Polski to bardzo OK.



Barbados, który w latach 1627-1966 był kolonią Wielkiej Brytanii, jest jednym z najbogatszych państw we wschodniej części Karaibów. W przeszłości gospodarka kraju opierała się głównie na uprawie trzciny cukrowej. Obecnie ważną rolę odgrywa również przemysł lekki i turystyka.



        Szybko daliśmy znać znajomym i w trzy rodziny polecieliśmy na ferie w lutym. Wcześniej zabukowaliśmy na RNB domek od Kathryn która tam mieszka ale pracuje w Kanadzie i rzadko bywa w domu. Mieszkaliśmy więc w typowym barbadoskim domu w prowincji Christ Church. Nie był nad samą plażą , spacerkiem jakieś 15 minut do Miami Beach w mieścince Oistins. Miał kuchnie i trzy pokoje, całe szczęście bo musiałem się na parę dni odseparować;)


            Przed wyjazdem zrobiliśmy obowiązkowe testy PCR , nazajutrz rano czułem się kiepsko a kolejnego dnia w dniu wylotu gdy odebraliśmy wyniki – na szczęście negatywne, czułem się już fatalnie. W samolocie zalewał mnie raz zimny raz gorący pot, miałem mega gorączkę i dreszcze. Jakoś przetrwałem 8 godzin lotu , na lotnisku w Bridgetown musiałem się już trzymać mocno barierki żeby się nie wywrócić. Oczywiście papiery miałem w porządku, na szczęście nie strzelali termometrem na lotnisku.


Po dotarciu autobusem i taryfą na miejsce zrobiłem test i wyszło że mam covida. Pierwsze dwa dni przeleżałem w domu, zaraziłem Klementynę więc spędzaliśmy czas razem , trzeciego dnia zaś czuliśmy się już OK więc chodziliśmy razem na plaże, naszą „Covidową” żeby nie zarażać reszty. Następnego dnia spotykaliśmy się już z resztą ekipy i udało się już nikogo nie zarazić:)


            Barbados super karaibska wyspa , chodziliśmy na plaże raz na naszą Miami Beach raz do naszych ziomków na Silver Beach . Na niej były megaśne fale , raj dla dzieciaków i surferów. W naszym miasteczku na głównym placu był targ rybny i w piątek wieczór wśród mnóstwa straganów i mini knajpek przy nim była jedna wielka fiesta kulinarna ( z potwornie długimi kolejkami;)

Czasami też w ciągu dnia kupowaliśmy na targu langusty oraz inne dziwne ryby ;) żeby piec je u nas na ognisku w „ogrodzie” na tyłach naszego domu.


        

        W ogrodzie domku Kathryn choć niezbyt pięknym,było miejsce na ognisko, rósł też chlebowiec ( z dojrzałymi owocami) które też piekliśmy , rosły też banany i mango. 

        Żeby „nadrobić” przechorowane dni , pierwszego dnia po wyzdrowieniu wybrałem się z buta wybrzeżem z naszego Oistins na zachód przez Welches Beach, Butterfly Beach, Maxwell Beach, Dover Beach, Worthing Beach kończąc na Rockley Beach czyli szlakiem południowy plaż Barbadosu :) Resorty i inne kurorty na wybrzeżu są mocno zróżnicowane od wypasionych hoteli po całkiem małe i zgrabne. Nie ma natomiast ponurej i ciągnącej się w nieskończoność „betonozy” jak w np. w Turcji . Nie są to jednak też Seszele gdzie zabudowa „resortowa” jest tak idealnie dobrana jakby była naturalnym składnikiem otoczenia.


Pewnego dnia wybraliśmy się do stolicy Bridgetown – całkiem sympatyczne stu tysięczne miasto również z fajnymi plażami. Po kraju podróżuje się małymi busikami – podobnymi do Tanzańskich Dala – Dala płacąc dolarami barbadoskimi kierowcy i słuchając cały czas musowo karaibskiego hip – hopu w takim natężeniu że nie sposób rozmawiać ze sobą .



Na jeden dzień wynajęliśmy busika z kierowcą żeby zrobić objazd całej wyspy i dotrzeć do  St. Nicholas Abbey czyli starej 350-letniej destylarn rumu z  amerykańsko -barbadoskimi  rodzinnymi  tradycjami, z podobno z jednym z najlepszych rumów na świecie. Za to nam najbardziej podczas pobytu spasowało lokalne piwko które jest sprzedawane w malutkich butelkach 0,20 ( tylko w takich) i w takich tez jest podawane w knajpkach. Sześcioro naszych dzieci natomiast raczyło się mlekiem kokosowym które są tu w wielkich ilościach sprzedawane na ulicach, na plażach i wszędzie gdzie popadnie. Z ciekawszych rzeczy które można zjeść to Flying fish której jest tu pełno zarówno na patelni jak i w oceanie, a tak to w knajpach raczej szału nie ma.

        

            Podczas tej objazdówki dotarliśmy na północne Wybrzeże gdzie fale Atlantyku pięknie rozbijają się o ostre klify. Kolejnego dnia zabukowaliśmy snoorkeling z żółwiami nad wrakami. Wypłynęliśmy łodziami na ocean. Było to w rodzaju spędu, tłum ludzi, ale były nawet płaszczki, inne dziwne ryby , jakiś wrak statku, zbyt wielki jednak tłum ludzi żeby dojrzeć żółwia. Te za to mogliśmy oglądnąć korzystając z uroków innych plaż.


Raz też zrobiliśmy sobie wycieczkę pod Rihanna Drive monument w Bridgetown, tablice – obelisk wychwalający osiągnięcia barbadoskiej piosenkarki. Zaraz nieopodal jest nawet ulica (trochę zapuszczona:) jej nazwiska.


I tak zleciały 2 tygodnie na kolejnej słonecznej karaibskiej wyspie, która jest jest zaliczana do 11 państw, w których nigdy nie odnotowano ujemnej temperatury. ;)




                       powrót  do  menu   podróże