Zanzibar + Tanzania kontynentalna  z Matyldą i  Klementyną - grudzień 2021 / styczeń 2022

                      

   Pełny album zdjęć - kliknij na zdjęcie poniżej: 


          

        

        Program Miles and More czyli pomysł Lufthansy na zbieranie mil które można potem wykorzystać m.in. na loty linii zrzeszonych w Star Aliance jest bardzo fajna sprawą. Od kilku lat zbierałem mile przede wszystkim robiąc zakupy kartami Mbanku oraz czasami latając liniami zrzeszonymi. Niestety pod koniec ubiegłego roku program Miles and More skończył współprace z mBankiem i uzbierane mile trzeba było wykorzystać bo zaczną tracić ważność . Zakupy kartami robiłem dość intensywnie, m. in. wszystkie firmowe zakupy, tak że nazbierało się ponad 240 000 mil co starczyło na 4 bilety gdzieś dalej poza Europę. Na okres Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku bardzo rzadko zdarzają się promocje czy błędy w systemach taryfowych, postanowiłem więc wykorzystać mile na zakup biletów na ten właśnie okres.

        Stwierdziliśmy że Tanzania będzie idealnym kierunkiem na dłuższy wyjazd z dziećmi ze względu na ilość atrakcji - oczywiście dzikie zwierzęta i również ze względu na możliwość pokazania dzieciom trochę „prawdziwej afryki”. 3 tygodnie jest wystarczającym okresem żeby samodzielnie podróżować bez ciśnienia, bez konieczności korzystania z udogodnień dla masowej turystyki, podróżując razem z lokalnymi nie tylko oglądać przez szybkę klimatyzowanego autokaru, z dala od luksusowych lodżii i zanzibarskich wypasionych kurortów. Wybór okazał się trafiony bo Tanzania to jak na Afrykę całkiem stabilne państwo a delikatny hard core codziennego życia wraz z niekoniecznie ekstremalnymi temperaturami nie pogrzebie czerpania przyjemności z podróżowania dla naszej czwórki. Na podróż do Mali, Wybrzeża Kości Słoniowej czy Gwinei są jeszcze za małe, ale Tanzania ze swoimi atrakcjami jest idealna. Co prawda pojawił się w tym rejonie świata OMIKRON czyli wersja covid'a która właśnie szybko zaczęła się rozprzestrzeniać m.in. z krajów jak RPA czy Malawi która graniczy z Tanzania i loty z tych i do tych krajów zostały wstrzymane. „Modliliśmy” się żeby nie rozprzestrzeniło się to na sąsiednie kraje. Ale co tam i tak za miesiąc Omikron już był wszędzie;)


ZANZIBAR

   plaże Jambiani

    Loty wykupiłem na Zanzibar a powrót spod Kilimandżaro. Do samego końca nie wiedzieliśmy jak wypadną nam testy z powodu zwiększającej się coraz bardziej ilości zachorowań w Polsce ale na szczęście okazały się negatywne;)

        Podroż zaczęliśmy z Warszawy przez Wiedeń do Addis Ababy. To już nasz trzeci raz jak stolica Etiopii jest naszym punktem przesiadkowym jak główny hab najprężniej rozwijającej się linii afrykańskiej Etiopian Airlines. Lotnisko przez te kilka lat niewiele się zmieniło, jest dalej wielkim koszmarnym hangarem ale jest postęp – wyremontowali stare ubikacje – już nie leje się woda po nogach i drzwi nie wypadają z futryn:) . Pozostałe Prace renowacyjne na lotnisku oczywiście trwają tak jak trwały pięć lat temu:)

        Po kilku godzinach oczekiwania na naszych ulubionych etiopskich fotelo-leżankach wsiedliśmy do samolotu na Zanzibar. Lotnisko na Zanzibarze tak jak w opisach na forach jest rzeczywiście mikroskopijne. Zgodnie z nimi nie załatwiałem wcześniej transportu i po dość długich negocjacjach i pogaduchach z taryfiarzami wytargowałem taryfę na wybrzeże wschodnie. Po prawie godzinie jazdy wylądowaliśmy przy plażach Jambiani. Nasza miejscówka załatwiona wcześniej na Air-bnb była całkiem przyjemnym domem z osobną kuchnią na dworze, trafił nam się pokój z klimą i fajnymi łózkami z drewnianych bali. Prąd oczywiście wywalało co chwile , a to na chacie , a to na wiosce, więc w ruch szły czołówki i z netem był też przez to spory problem.


        w podrózy do parku Jozani w lokalnym  dala-dala

        Do plaży były trzy minuty przez klimatyczną wioskę z rozpadającymi się domami i budami z bambusa w których można było zakupić warzywa, owoce itp. oraz nieutwardzoną drogą. Na plaży już kilka resortów i knajp dla białych w standardzie zachodnim ale z bardzo niewielką ilością gości. Chyba pandemia cały czas daje się we znaki, szczególnie że Zanzibar po szale jaki przeżywał w 2020 roku gdzie nie było żadnych restrykcji i nie trzeba było robić żadnych testów nie odnotowuje już takiego oblężenia. W lokalnym sklepie z chińszczyzną zakupiłem tanzańską kartę SIM która ze wszystkich naszych telefonów odpaliła tylko na stratnym Samsungu Klemsi ;)

Właściciel naszej miejscówki był bardzo miły i pomocny. Pomagało mu dwóch młodych chłopaków którzy albo ochraniali chatę albo obierali bataty i mango.


      Masajowie-sprzedawcy z plaż  Bweju

              Miałem plan na cały pobyt w Tanzanii , niestety trzeba było go na miejscu zrewidować ponieważ przed wyjazdem nie dało się zakupić biletów kolejowych z Dar es Salam do Mwanzy nad jeziorem Wiktorii. Podróż ta, prawie 40 godzinna przez całą Tanzanię miała być przygoda samą w sobie. Nasz szefu dokonał rzeczy prawie nie możliwych . System bukowania na stronie tanzańskich kolei narodowej niestety działa jak chce i nie ma szans kupienia biletu prze internet z dużym wyprzedzeniem. Również w tym temacie nie pomogli ludzie z firm od safari a próby dodzwonienie się na stacje kolejową również spełzły na niczym. Na miejscu okazało się że żadne lokalne biuro od wycieczek również nas nie wspomoże bo nigdy nie kupowali biletów kolejowych. W ogóle kolej przez klika czy kilkanaście lat w Tanzanii nie jeździła i generalnie jest w stanie technicznym podobna do tej którą jeździliśmy w Zimbabwe kilkanaście lat temu czyli tabor sprzed kilkudziesięciu lat.

Milismy więc  ugadane że jego znajomy kupi bilety osobiście na stacji w Dar i przekaże komuś kto będzie płynął na Zanzibar i dowiezie nam je na nasze wybrzeże. Biletów na północ do Mwanzy nie dało się kupić gdyż jeździ tam tylko 3 klasa, bez sypialnych czyli podróż z kozami i inna gawiedzią przez te 40 godzin mogła by być zbyt masakryczna przede wszystkim dla Matyldy i Klementyny;)

Zrewidowaliśmy więc nasze plany i kupiliśmy bilety na sypialny do Aruszy skąd mieliśmy zacząć przygodę z safari. I tak po kilku dniach mieliśmy już wymarzone i wymęczone bilety w ręce .


        Czas na Zanzibarze płynął szybko. W wigilię wybraliśmy się do plażowej „kurortowej” restauracji na kolację wigilijną. Aga mnie przekonała żeby chociaż wigilie nie spędzać w zanzibarskiej garkuchni:) W sumie to był obiad ale przeciągnął się do kolacji. Był langusta pantoflowa , kalmary i inne przysmaki z kuchni afrykańsko - arabsko -indyjskiej z której słynie wyspa. Mega! Na sam koniec już w domku, ugotowałem barszcz przywieziony z polski.;) W pozostałe dni wychodziłem na wioskę kupić owoce więc na kolacje mieliśmy przeważnie ryż z mango, z bananami, ananasem – za to jakimi! Świeżymi i pachnącymi – zupełnie innymi niż w europejskich marketach;) . Śniadania wykupowaliśmy w naszym domku na miejscu za 10000 szylingów czyli jakiś  niecałe 20 zł za wszystkich i były zawsze świeże chapati z owocami z ogórkami i wyciskane soki. Czasami robiłem na obiad  też spagetti choć za pierwszym razem tak mi nie wyszło ( coś a la sos ze słoika tanzańskiego był potworny)  że mnie Aga zrugala się musiałem szybko poprawić :)


        Na Zanzibarze spędziliśmy ponad tydzień, poruszając się głównie po zachodniej „naszej” stronie wybrzeża korzystając z lokalnych środków transportu Dala – Dala. Drugiego dnia wybraliśmy się do lasów w malutkim Parku Narodowym Jozani pooglądać głównie małpy. Był to jeden z nielicznych momentów że spadł deszcz ( w odróżnieniu od temperatury;) zupełnie nieuciążliwy i krótki. W końcu byliśmy w parku – ostoi lasu deszczowego na Zanzibarze.

        W kolejne dni jeździliśmy na plaże Paje, Bweju oraz Dongwe. Odległości nie były zbyt duże, tak że jednego dnia wróciliśmy do Jambiani idąc plażą. To wybrzeże jest fajne bo można idąc plaża kilkanaście kilometrów przejść od wiosek do wiosek. Kolejnego dnia zrobiliśmy podobnie ale zapuściliśmy się za daleko na północ - wystarczyło wyjść na drogę i złapać taryfę do nas. Jednego dnia jadąc dalej Dala Dala do Pingwe i spacerując plażą weszliśmy na teren jakiegoś lepszego turystycznego ośrodka i wparowaliśmy od razu do ślicznej strefy SPA z pięknym małym basenem, malowniczo usytuowanym na skale nad plażą.

Oczywiście zaraz przyuważył nas ochroniarz , ale zapłaciwszy 20 baksów zostaliśmy tam po rozkoszować się pięknymi okolicznościami przyrody. Stamtąd niedaleko było też na snurkelowanie w Blue Lagoon z którego skorzystaliśmy, oraz do słynnej opisywanej w przewodnikach Rock Caffe, pięknie stojącej na skale w oceanie do której w zależności od przypływu albo idzie się suchą nogą albo płynie łódką. Jednak nawet mimo pandemii bez rezerwacji stolika na kilka dni wcześniej nie napijesz się tam drinka;) Byliśmy podczas odpływu więc spokojnie można sobie ja było oblukać.

        Plaże Zanzibaru są naprawdę piękne , niektóre z białym piaskiem drobnym jak mąka, krystaliczną wodą, czasami prawie jak na Seszelach, a znaczne codzienne przypływy i odpływy umożliwiają dłuższe spacery w głąb oceanu ( najlepiej oczywiści w specjalnym obuwiu które to dziewczyny miały, ja nie = powbijane jeżowce w stopy;)



SNURKELLING Z DELFINAMI


skoro świt pora wypływać na spotaknie z delfinami  z Kizimkazi


        Na największą atrakcję Zanzibaru wybraliśmy się piątego dnia z samego rana. Trzeba była ją zarezerwować wcześniej , z czym nie było kłopotu bo codziennie byliśmy zaczepiani przez sprzedawców atrakcji na rejs z delfinami. Przez parę dni poznaliśmy ceny tej wyprawy więc któregoś dnia potargowałem trochę na plaży, ( zawsze lepiej płacić w lokalnych szylingach niż w dolarach), wpłaciłem zaliczkę i dostaliśmy „kwity” na następny dzień. Pobudkę trzeba było zrobić jeszcze o zmroku i o wschodzie słońca przyjechało po nas auto. Wyruszyliśmy na samo południe Zanzibaru do plaż Kizimkazi. Tam akurat odbywała się aukcja rybna tzn rybacy z nocnych połowów licytowali swoje większe złowione sztuki na „plażowym allegro”:)


        Myślałem że będą tłumy białych na tą atrakcję jak czytaliśmy na forach przed wyjazdem – jedynym miejscem na Zanzibarze gdzie można spotkać delfiny i z nimi popływać. Jednak Covid ma też swoje dobre strony – oprócz nas wypływała tylko jeszcze jedna łódka a na miejscu po około godzinnym rejsie była jeszcze trzecia łódź. Delfiny rzeczywiście były, dziewczyny powskakiwały i z nimi posnurkelowały bez strachu że wpadną pod inne łódki. Bliskie spotkania z delfinami zrobiły ogromne wrażenie na nich - można były zobaczyć i posłuchać całe rodziny tych wielkich ssaków. Do momentu Safari to były najbardziej rozpamiętywane chwile;)






STONE TOWN



        Po siedmiu nocach w Jambiani, zamówiłem przez naszego gospodarza taryfę do stolicy Stone Town, pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy na zachodnie wybrzeże. Zadekowaliśmy się we wcześniej zabukowanym Malindi hostel,, bardzo przyjemnym i ciekawie urządzonym ( umywalka z „kotła” perkusyjnego, stoliki z bębna od pralki itp.) z kuchnią na dachu. Pozostały dzień poświeciliśmy na dłuższy spacer po mieście poprzez jego wszystkie atrakcje: Fort portugalski, House of Wonders, Forodhani Park który to wieczorem zapełnił się lokalnymi straganami z żarciem zupełnie jak w Marakeszu w Maroku. Była też knajpą w której leci oczywiście Queen z Freddiem na okrągło ( w końcu urodził się na tej wyspie;) dom gdzie mieszkał główny handlarz niewolników Tippu Tip. Na targu Darajani klimat jest bardzo pokręcony i zmieszany od zapachów z hinduskich knajp, przez arabskie stragany po afrykańskich Masajów sprzedających skórzane mokasyny i dziwne naszyjniki. Na wieczór zostawiłem dziewczyny w hostelu i poszedłem do fortu portugalskiego na koncert – który okazał się pokazem mody, pokazem magika od machaniami ogniem oraz występami a la teatralnymi przedstawiającymi martyrologie niewolników z Zanzibaru. Dużo o nich naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy w ciągu dnia zwiedzając Christ Church Cathedral stojącego w miejscu targu niewolników w którego podziemiach przetrzymywano w makabrycznych warunkach niewolników z głębi Afryki czekających na statki do Ameryki i na bliski wschód.


POCIĄGIEM z Dar Es Salam do Arushy


sawanna gdzieś w interiorze...

        Następnego dnia z rana przeszliśmy się na piechotę do portu który był bardzo blisko koło hostelu i już po pół godzinie oczekiwania byliśmy na bardzo nowoczesnym promie ( coś a la wielki wodolot;) . Akurat puszczali jakiś  film z psem i Harrisonem Fordem  więc dziewczyny mieliśmy z głowy. Na górnym deku nie dało się wytrzymać bo prom był naprawdę szybki i od wiatru i bryzy urywało głowę . Po dwóch godzinach zaraz po zejściu z promu w Dar Es Salam zostaliśmy osaczeni przez nagabywaczy na środek transportu . Szybko decyzja na Badżadż czyli odpowiednik azjatyckiego Tuk – Tuka i po parunastu minutach byliśmy na dworcu kolejowym. Miałem wyliczone dni wcześniej żeby nie spędzać nocy w tym średnio przyjemnym wielkim mieście w kontynentalnej Tanzanii tylko od razu udać się na północ pociągiem sypialnym do Aruszy skąd miała zacząć się nasz przygoda z safari.

Dworcem trudno to było nazwać – jeden peron, zadaszona wiata z ławkami i buda z biletami wielkości kiosku ruchu. Ale skoro odjeżdżających pociągów jest tylko kilka w tygodniu to może po co więcej. Knajpy wokół wyglądały tak że lepiej było się nie zbliżać;) . Najpierw na tym „ peronie” byliśmy prawie sami ale już po kliku godzinach oczekiwania był spory tłum – my jako jedyni Muzungu;) Zaczęliśmy się ładować do pociągu, po godzinie opóźnienia mimo że pociąg już był na torach ale ciągle wykonywał jakieś manewry z odczepianiem – doczepianiem lokomotyw i wagonów. Przedział klasy drugiej był całkiem przyjemny – z sześcioma rozkładanymi łóżkami , w przedziale była jeszcze z nami tylko jedna dziewczyna więc miejsca był sporo. Zamiast stoliczka mini umywalka – o dziwo wszystko było sprawne, ubikacje czyste, a wagon restauracyjny jak marzenie;) Aga od razu wysłała mnie po zimne browary z sarkazmem w głosie po tych kliku godzinach oczekiwania w upale na pociąg – a tu po chwili wróciłem z lodowatymi Serengeti i Kilimandżaro:) Potem jeszcze kilka razy kursowałem po nie bo baliśmy się że lód się roztopi w przenośnych lodówach które miała obsługa wagonu restauracyjnego i będziemy skazani na ciepłe piwo;) W ogóle w restauracyjnym była impreza na okrągło z Muskhaki ( rodzaj małych szaszłyków z wołowiny), Ugali (afrykański grysik na gęsto) oraz Dj -em który oprócz puszczania muzy również zapowiadał kolejne stacje. W nocy do potraw doszły jeszcze mocne trunki – wtedy już nie zapuszczaliśmy się do restauracyjnego bo mało kto był tam trzeźwy a przerwy w prądzie były co parę minut .



       zbliżamy się do Arushy

Podroż mijała bardzo przyjemnie , za oknami sawanna, Masaje wypasający bydło, wioski, olbrzymie termitiery wielkości nieraz mijanych lepianek, romantyczny zachód słońca i ogólne bardzo miło. Tylko stan torowiska jest w opłakanym stanie i pociągiem chwiało oraz podskakiwał niemiłosiernie mimo rozwijanych bardzo wolnych prędkości, dużo wolniejszych niż PKP:) . Tak więc po wyjściu po 19 godzinach podroży przez jakiś czas staliśmy jeszcze na szeroko rozstawionych nogach żeby łapać równowagę;)

        Na miejscu zadzwoniłem do Davida z Kili Slope tzn firmy w której wcześniej zarezerwowałem nasze safari. Miałem je już dograne na miesiąc przed wyjazdem i korespondowałem targując z kilkoma organizatorami oraz próbując „poskładać” je samodzielnie. Jeszcze na Zanzibarze zmieniłem jednak operatora safari z powodu nie możliwości dostania się pociągiem na północ kraju do Mwanzy i zmianą planów tzn podróż koleją z Dar es Salaam do Aruszy. Davidowi zapomniało się po nas wyjechać na dworzec ale zaraz po moim telefonie podjechał po nas. Na parkingu pod Pizza Hut (jedynym zachodnim sieciowym przybytkiem który spotkaliśmy w całej Tanzanii- Nie ma Mc donaldów!) dokonaliśmy dopłaty do zaliczki i David zawiózł nas do hotelu Charity Hotel z pięknym ogrodem . Mieliśmy tu jedną noc którą wytargowałem jako gratis przed rozpoczęciem safari. Hotel bardzo fajny 4-o gwiazdkowy ( jak na warunki afrykańskie;), pani z obsługi najpierw w pokoju obeznała nas ze wszystkimi udogodnieniami – po takich przybytkach się generalnie nie szlajamy ;) Wieczorem obgadaliśmy z Davidem całą trasę safari  dzień po dniu,  dowiedzieliśmy się wszytkich szczegułów , i ustaliliśmy  gdzie ją zakończymy.

w drodze do Serengeti

        

        Następnego dnia o 8 rano podjechał kierowca – przewodnik starym terenowym Land Cruserem i wraz z kucharzem Salimem  skierowaliśmy się na północ, na pięciodniowe safari.



SAFARI


słonie w Tarangire National Park


        Pierwszym punktem był Tarngire National Park położonym w półpustynnym regionie w obrębie Stepów Masajów – miejsce znane z wielkich baobabów i zamieszkiwania przez wielkie ilości słoni . Park jest stosunkowo niewielki 2850 km2 niedaleko od Aruszy więc ilość aut terenowych poruszających się tu była spora, momentami robiły się korki na wąskich błotnistych drogach . Oprócz słoni które napotykaliśmy cały czas, jest tu wiele innych gatunków zwierząt , widzieliśmy sporo impali i guźców, orły, sępy oraz endemiczne gatunki mniejszego ptactwa. Nie była to pora sucha podczas której zwierzęta migrują do rzeki Tarangire więc dalsze poszukiwania wielkiej piątki afrykańskiej zostawiliśmy na następne dni.

        Wieczorem zajechaliśmy do sporej wioski o wdzięcznej nazwie Mto Wa Bmu czyli „Rzeka Komarów”. Komary były ale w małych ilościach a nas zakwaterowano w przyjemnych lodge pomimo że mieliśmy mieć noclegi tylko w namiotach wg wcześniejszych ustaleń ale chyba z powodu małej ilości turystów dostaliśmy noclegi w drewnianych domkach . Nasz kucharz  Salim codziennie przyrządzał bardzo dobre potrawy, było i spaghetti, byrjani i pilawy oraz bardzo popularne tu Mtori (rozgotowane mięso)

      

          Następnego dnia nasz przewodnik się zmienił wraz z samochodem – teraz też mieliśmy Amari'ego  który prowadził  ośmioosobowego land cruisera przystosowanego do takich wojaży z otwieranym dachem. Skierowaliśmy się do Parku Narodowego nad jeziorem Manyara. Park usytuowany jest u podnóża rozległej , wijącej się skarpy Wielkiego Rowu Zachodniego. Słynie głównie z lwów wylegujących się wysoko w gałęziach drzew. Tu już całkowicie inna flora jak dnia poprzedniego, szybko znaleźliśmy się w dżungli. Wszędzie bujna roślinność, mnóstwo zwisających lian, wszędzie mnóstwo małp pawianów które ciągle wchodzą przed auto. Na lunch podjeżdżaliśmy na specjalnie wyznaczone do tego parkingi i jedliśmy z lunch-boxów głównie chapati , sandwiche , pakory ale taszczył gary które wcześniej przygotował z jakimś pysznym posiłkiem. Tu już bardzo rzadko spotykaliśmy inne wozy.


        Krążąc tak nie widać było jednak żadnych zwierząt z wielkiej piątki i zanosiło się że tak będzie do końca , jak tu nagle metr koło naszego auta wyszedł z krzaków nasz pierwszy pan lew:) Był chyba w trochę mniejszym szoku jak my bo bez pośpiechu oddalił się w gęstwinę. Za chwilę spotkaliśmy gromadę lwic które piły z kałuży na drodze. Była też rodzina żyraf – Aga była zawiedziona bo tutejsze żyrafy nie są tak żółte jak ze zdjęć ;). Małe żyrafy bardzo śmiesznie piją wodę na wyprostowanych nogach wyglądając z daleka jak trójkąty równoboczne;) Na koniec zobaczyliśmy w końcu dwa lwy na drzewach – nie wiadomo dlaczego się tam wspinają i wylegują . Podobno jest to spowodowane obecnością muchy Tse-tse która lata do około trzech metrów a lwy wybierają zawsze wyżej położone gałęzie. Tak czy owak lwy leżały w ogóle ni przejmując się samochodami które co jakiś czas zatrzymywały się nieopodal. Nad jeziorem zobaczyliśmy jeszcze sporo innych zwierząt głównie rożnego rodzaju antylop.


       w naszym  safari -wozie:)

    Na „afrykański diner” zjechaliśmy do Mto Wa Mbu i po nim rozpoczęliśmy tym razem „piesze safari” po wioskach:)
Poprzedniego dnia ogarnąłem z naszym przewodnikiem Amarim  żeby podesłał nam gościa z którym wytargowałem cenę „cultural walking” po okolicznych wsiach i ich bomach czyli zagrodach. Udało się uniknąć zbytniej cepelii, najpierw zaprowadził nas na plantacje bananowców gdzie w istnym lesie bananowców chłopaki uwijali się w zbieraniu bananów. Potem oczywiście standardowe punkty takich atrakcji jak wizyta u lokalnych rzeźbiarzy - tu akurat u osiedlonych uchodźców z Mozambiku którzy weszli w ten biznes- nie obyło się bez kupowania worka pamiątek przy długich targach;)

        

        Następnie wizyta u lokalnych wiejskich malarzy – specjalistów od Ting-Tinga i stylu naive. Nasze dziewczyny mogły oddać się sztuce malarskiej pod czujnym okiem fachowców;) Tu nic nie kupiliśmy - po godzinie wystarczyły nam prace naszych córek;) Potem jeszcze przez pola ryżowe, lokalne boisko w którym akurat był mecz piłkarski, knajpę z piwem bananowym (sfermentowana gęstą zupa bananowa:) dla pracowników plantacji która jest jest jednak obrzydliwa i po jednym łyku mamy dość;). Oraz tym podobne atrakcje. Po paru godzinach na wieczór wróciliśmy do naszych chat w Mto Wa Mbu i nogi już nam wchodziły do tyłków, mieliśmy serdecznie dość szczególnie że Matylda przebiła buta ostrą igłą afrykańskiej akcji których tu pełno i krew lała się strumieniem.


        Na kolacji oprócz nasz były jeszcze zajęte dwa inne stoliki w knajpo – stołówce z Muzungu więc przyjechała ekipa tancerzy i akrobatów zaprezentować swoje umiejętności. Był dzień przed sylwestrem ale nie szkodzi, następnego dnia mieliśmy być już z dala od jakiejkolwiek cywilizacji więc takie atrakcje teraz jak najbardziej były wskazane;)

Rano skierowaliśmy się na najdłuższy odcinek, najpierw jadąc fajną asfaltową drogą w stronę terenów chronionych Ngorongoro, gdzie po załatwieniu formalności skierowaliśmy się dalej na północ już szutrową droga w stronę wyczekiwanego Serengeti NP . Trwało to ładnych 5-6 godzin i na popołudnie zajechaliśmy pod bramę Seronera.


        lwy nad kałużą w Lake Maynyara

        Serengeti to najsłynniejsza ostoja zwierząt w Afryce, znana z licznej populacji drapieżników oraz corocznej migracji antylop Gnu. Temperatura tu jest wyraźnie niższa niż na południu, tego dnia trochę też padało i okoliczności przyrody też całkiem inne. Park zajmuje prawie 15000 km2 czyli jest trochę większy od województwa śląskiego ale jego ekosystem jest dwa razy większy, należy do niego kilka mniejszych parków i kenijski park Masai Mara. Są tu głównie rozległe tereny trawiaste, gdzieniegdzie małe krzaki usiane co jakiś czas granitowymi wzgórzami zwanymi koppies czyli ”małe głowy”. Właśnie na takich koppies czy w ich pobliżu spotkaliśmy kilka lwich rodzin. Na wieczór zajechawszy na publiczne pole namiotowe Nguchiro w parku musiałem pomagać przydzielonym nam chłopakom rozbijać namiot bo szło im bardzo kiepsko;) . Rozbijając go widzieliśmy jak niedaleko pola podchodziły bawoły afrykańskie, jedne z najbardziej niebezpiecznych tutejszych zwierząt, przedstawiciel wielkiej piątki. No takie większe byki z olbrzymimi powyginanymi rogami;)


        To był sylwester a my po kolacji zamiast na zabawę , której oczywiście nie było to szybko do namiotu :( Strach było wychodzić do ubikacji gdyż odgłosy hien nie napawały optymistycznie i mnóstwo świecących oczu zza traw powodowało że szybko wskoczyliśmy do namiotu i poubierani we wszystko ciepłe co mieliśmy poszliśmy spać. Rano wypogodziło się i pojechaliśmy przemierzać te bezkresne równiny. Spotkaliśmy sporo hien w tym bardzo słodką małą hienę przypominającą pluszaka niedźwiadka z psim brudnym pyskiem, całe lwie chyba wielopokoleniowe rodziny wylegujące się i bawiące się z małymi, Impale, sarenko -podobne Stenboki i Buszboki, Gazele, małe Mangusty i dwa Gepardy stojące jak posagi. Pod koniec trasy namierzyliśmy lamparta na drzewie . Cały dzień szybko minął z przerwą na lunch z lunch -boxówi po południu obraliśmy drogę powrotną w stronę rezerwatu Ngorongoro. Swoją nazwę zawdzięcza kraterowi Ngorongoro czyli największej kalderze wulkanicznej na świecie powstałej kilka milionów lat temu po implozji wulkanu , być może podobnego jak Kilimanjaro . Pokryte bujną roślinnością dno kaldery jest ostoją jednej z najliczniejszych populacji ssaków Afryki. Tutaj zajechaliśmy na jedyne publiczne pole Simba camp site. Reszta to same lodge i to głównie bardzo ekskluzywne z cenami nawet kilku tysięcy dolarów za noc. Pole jest usytuowane na ringu olbrzymiego krateru – główna część rezerwatu jest usytuowana na dnie krateru.

            

        Przy kolacji wpadł jakiś olbrzymi chrząszcz na stołówkę, najpierw obijał się jak ptak przy lampach , jak wylądował przy stolikach to miał wielkość połowy stopy Klementyny;) Tu było jeszcze zimniej jak poprzedniego dnia – rezerwat ma swój specyficzny mikroklimat i cały czas otrzymują się tu niskie temperatury w nocy. Tym razem również jakiś dziwne odgłosy nie poznawały spać –jakby naciąganie łańcucha na wielkie koło zębate - dochodzące z pobliskiego baobabu. Zbudziliśmy się przed wschodem słońca i zaraz po śniadaniu zjechaliśmy na leżące na głębokości 600m dno krateru o powierzchni 26 km2 – ostatniej i największej atrakcji całego Safari .

        

        Rzeczywiście taka była;) Słońce dopiero wschodziło a na dole rozpoczynał się istny „wypas” dzikich zwierząt a wszystko to otoczone dookoła piękną ścianą zielonego ringu krateru. Mnóstwo pasących się i walczących między sobą Gnu które wspólnie z całym zastępami Zebr przyszły na śniadanie, klucze flamingów nadlatujących nad oczka wodne, hipopotamy odpoczywające nad bajorami, nosorożce w oddali, wszelakiej innej maści mniejsza zwierzyna. W promieniach porannego słońca dno krateru wraz z całym tym inwentarzem wygląda jak z innego świata, jak „pocztówka z raju” jakby zaraz wszystkie miały się pakować do Arki Noego:) . Po kilku godzinach szwendania się po dnie krateru już na obrzeżach ringu spotkaliśmy jeszcze bardzo śmieszny mały gatunek antylopy Stenbok lub Didik wielkości dużego zająca. Aga również wypatrzyła jakiegoś gada  czyli takiego mniejszego krokodyla który zamieszkuje północną Tanzanię. Tak więc wyjeżdżając w górę z powrotem na ring mieliśmy „ustrzeloną” aparatami całą wielka afrykańską piątkę.

na campingu  na ringu krateru Ngorongoro

        Na polu namiotowym ponieważ większość namiotów już była złożona, zaczęły paść się Zebry, nic sobie nie robiły z ludzi i można było podejść do nich zupełnie blisko. Nadleciały też olbrzymie marabuty które były wyższe od niskich namiotów na polu. Po lunchu wsiedliśmy do naszego land cruisera i odjechaliśmy w stronę Arushy. Po paru godzinach i co najmniej pół godziny szukania hostelu w mieście który zabukowałem wcześniej a który był zlokalizowany blisko centrum lecz w takiej dzielnicy znów bez asfaltu że miejscowi nie potrafili go znaleźć nie wspominając już o Google map;)


camping w Serengeti N.P.

ARUSHA

  

         Amari  wraz z Salimem odstawili nas pod bramę hostelu. Pożegnanie po pięciu wspólnie spędzonych dniach i wreszcie wymarzony prysznic znów w gorącym klimacie. Jeszce tylko wieczorny chillout w lokalnej knajpie dla miejscowych na mieście z zupą z podrobów oraz Chips Mayai   czyli jednym z głównych tanzańskich dań - omlet z frytkami oraz nieśmiertelne Miskhaki. Bardzo miły taksówkarz który odwoził nas wskazał nam właściwe miejsce do zakupu biletów na dalszą podróż czyli na autobus gdyż ilość dworców autobusowych przypominających wielkie chaotyczne jarmarczne place jest w Arushy dość duża i jak opisuje przewodnik Brada dworzec w Arushy ma miano jednego z najgorszych w Afryce. Rzeczywiście w całym mieście a tym bardziej na dworcu żadnego Mzungu a ilość zaczepiających nas sprzedawców wszystkiego i ciągnących nas za ręce podejrzanych typów oferujących podroż prawie w każdy zakątek globu przyprawiała o zawrót głowy i wymuszała na nas zwiększoną czujność . Mając jednak wiedzę nazajutrz czekaliśmy pod kioskiem przewoźnika w zupełnym spokoju na przyjazd autokaru do Tangi.






WSCHODNIE WYBRZEŻE



      gdzieś w interiorze...

          Postanowiliśmy pozostały ostatni tydzień nie pchać się już w interior, trochę tęskniąc za plażami Zanzibaru tylko spędzić na wybrzeżu. Przed nami była całodzienna podróż do Tangi lokalnym autokarem gdzie znów byliśmy jedynymi Muzungu. Podroż umilał nam widok na Kilimandżaro który mieliśmy przez dłuższy czas za oknem oraz krwawe tajskie filmy kung- fu w klimacie narodowym wyświetlane na zdezelowanym TV w autokarze ;) W portowej Tandze czyli trzecim co do wielkości mieście Tanzanii nie było plaż więc następnego dnia wybraliśmy się Dala – Dala na całodzienny zwiad do wioski Pangiani nad ujściem tejże rzeki. Droga była masakryczna, bez asfaltu zaledwie 20-30 km km przez 2 godziny. Rzeczywiście tam było bajkowo , lokalne wioski pozbawione całkiem turystów a baza hotelowa dla miejscowych zupełnie fajna nie dostępna jednak nigdzie w necie na bookingach itp. Zabukowaliśmy więc kolejne dwie noce w Pangiani , z powrotem do Tangi lokalnym busem drogą przez mękę , rano jeszcze raz to samo i już byliśmy prawie w raju. Jeszcze Boda-boda czyli motorami z naszymi plecakami do hostelu – na wiosce już tylko taki transport;) Przy hostelu mieszkało kilka kotów które umilały głównie naszym dziewczynom czas. Ceny w hostelowej knajpie jak w Rumuni w latach dziewięćdziesiątych czyli prawie jak za darmo. Wieczorem wytargowaliśmy u lokalnego lowelasa trip łodzią na bezludną wyspę która polecają wszystkie przewodniki. Nazajutrz skoro świt czekaliśmy na naszego  lokalnego guide'a z którym na piechotę udaliśmy się do portu mijając poławiaczy małych rybek ( anszua?) i ich kobiet które gotują je wielkich wiadrach i suszą potem na wielkich płachtach materiału na słońcu.


        Z portu po opłaceniu w biurze które było w kolonialnym budynku i wyglądało rzeczywiście jak z końca XIX wieku wpakowaliśmy się na łódź motorową . I tak płyniemy, płyniemy z godzinę i nagle zatrzymujemy się na oceanie  , brzegów nie widać,  i nasz lovelas mówi że już jesteśmy ale musimy poczekać aż wyspa się wyłoni. Myślimy sobie że robi nas w jajo, że za godzinę powie że się pomylił, że to nie to miejsce i tyle. Wiemy przecież że są tu spore codziennie przypływy i odpływy no ale nie przecież aż takie;) Z lekkim zażenowaniem powskakiwaliśmy posnurkelingować trochę bo nawet były ładne fragmenty rafy koralowej. I tak czekamy aż tu nagle rzeczywiście ocean w jednym miejscu zaczyna robić się coraz jaśniejszy i jaśniejszy, robią się nagle fale w jednym miejscu i za chwilę zaczyna się wyłaniać wyspa:) Wyglądało to prze-malowniczo:) Po kolejnych 15 minutach podpłynęliśmy do niej bo miała już wielkość kliku stołów do pingponga:) Piasek szybko wysechł i po jakimś czasie była wielkości połowy kortu tenisowego, potem całego. Było to coś niesamowitego, mnóstwo fajnych muszli zostawało przy brzegu a woda i piasek były jak z bajki. Za jakiś czas zawinęła też lokalna Dow czyli łódź rybacka.


     na plażach Ushongo niedaleko Pangiani

           Po paru godzinach jak już wyspa była wielkości pół boiska piłkarskiego zebraliśmy się do łodzi i spaleni słońcem kazaliśmy się zawieźć na niedostępne za bardzo z lądu plaże w Ushongo. Są to podobno najpiękniejsze plaże na wybrzeżu Tanzanii kontynentalnej i rzeczywiście – ciągną się kilometrami, są bardzo szerokie, z palmami na brzegu, może tylko piasek nie tak biały jak na Zanzibarze. Mają natomiast inny plus – są całkowicie puste, nie ma żadnych handlarzy, wymuskanych Masajów sprzedających cokolwiek bo nie ma turystów. Spotkaliśmy w jednej knajpie jedną parę białych i tyle na kilkanaście kilometrów plaży.

Po paru godzinach trafiliśmy do bardzo ładnego ośrodka z knajpą dla turystów typu Muzungu w którym poprzedniego dnia zabukowałem jeszcze jedną atrakcję. Nie było to łatwe bo tutaj prawie całkiem nie ma neta i z ośrodkiem prowadzonym przez Niemca kontakt był bardzo utrudniony. Na umówioną godzinę dotarliśmy plażą do Beach Crab Resort Jest on bardzo ładny, cały zrobiony z bambusa i liści palmowych, nawet recepcja:;) . Problem był tylko taki że nikogo w nim nie było. Ani obsługi anie gości. Nie dziwiło nas to zbytnio bo idąc plażą minęliśmy kilka opuszczonych, niszczejących już ośrodków – zakładam że to dzieło Covidowe. Hulał wiatr, poczekaliśmy trochę i w końcu zjawiał się ktoś z lokalnej obsługi a za chwilę przyszedł nasz przewodnik. Po zaopatrzeniu nas w wodę poszliśmy w baaaaardzo długi spacer.


            Najpierw wioskową drogą, potem przy lasach namorzynowych i wyschniętym korycie rzeki, potem wśród chat w których jest odzyskiwana sól z wody morskiej i w kocu już bardzo ugotowani przez słońce dotarliśmy do wioski masajskiej. Starałem się unikać wcześniej tego typu atrakcji jak np. znana wioska Olpopongi która jest mega reklamowana w sieci, ma swoją profesjonalną stronę, marketing itp. Takich „plastikowych” wiosek jest tu sporo, są one nieraz żelaznym punktem wycieczek zorganizowanych przy okazji safari. Nie ma to niestety wiele wspólnego z rzeczywistością i Masajowie skaczą w swym rytualnym tańcu na zawołanie a raczej na pobrzękiwanie twardej waluty. Tu wioska była zapadłą dziurą, zupełnie malusieńka, nikt nie skakał. Bomy czyli zagrody z gliny, ze słomy taka też aktualna szkoła ale budują nową murowaną. Prace właśnie trwały ale raczej wyglądało to jak u nas , dziesięciu chłopa siedzi lub leży dyskutując a jeden z kielnią też w pozycji na wpół horyzontalnej coś tam robi. Co bardziej „eleganccy” Masajowie czyli wiejscy lowelasi w większej ilości są poobwieszani koralikami i pochwy ich maczet są bardziej kolorowo inkrustowane, kolorowo za to poubierani i z bliznami na twarzy to już prawie są wszyscy. Na zainscenizowaną specjalnie dla nas wyglądała gra w warcaby dwóch Masajów „w pełnym rynsztunku” pod wielkim baobabem ale może już jestem przewrażliwiony:)


  

ppodczas wizyty u Masajów niedaleko Pangiani



        Powrót z wioski był możliwy tylko Boda-Boada, nie dociera tu żaden inny transport, nie ma dróg, a w porze deszczowej podobno nawet o Boda-Boda nie ma co marzyc. Tak więc przed nami ponad półgodzinna jazda na motorach w stronę rzeki Pnagani gdzie jeszcze tylko przeprawa promem i znów byliśmy w naszym „pozabookingowym” hostelu. Podczas całego pobytu w Pangani spotkaliśmy tylko tą jedną rodzinę Mzungu na dzisiejszej plaży.



GORACE ŹRÓDŁA KIKULETWA


        Wszytko co dobre w końcu się kończy- nasz pobyt w Tanzanii powoli też. Następnego dnia z plecakami na Boda-Boda dotarliśmy na placyk autobusowy, stamtąd Dala-Dala któremu nieopatrzenie wyrwałem drzwi :) drogą przez mękę do Tangi. Tam obiad w lokalnej knajpie ( bez alkoholu bo szef mówi że nie godzi się;) i popołudniu do autokaru do Moshi. Czyli drogą powrotną w stronę Kilimandżaro. Spod którego mieliśmy wylot. Po kilu godzinach dojechaliśmy późnym wieczorem do miasta i zabukowaliśmy się w hostelu dla trekingowców udających się na Kilimandżaro. Tu już gwarno i miejsko, pyszne szaszłyki Maskhaki z maleńkich rusztów na ulicy. Następnego - ostatniego całego dnia który nam pozostał , wybraliśmy się do jeszcze jednej wcześniej wyszukanej atrakcji – jak się okazało też do „raju”.

        Był to już czwarty jak to określiły dziewczyny w rankingu przygód tanzańskich po delfinach na Zanzibarze, Kraterze Ngorongoro, bezludnej wyspie przy Pangiani. Tym razem Badżadżem wybraliśmy się z rana do gorących źródeł Kiuletwa. Choć gorące nie są a raczej przyjemne chłodne w tym afrykańskim skwarze.


        Miejsce było rzeczywiście bajkowe – naturalne baseny z krystaliczną wodą pośród wspaniałych drzew i ich korzeni które oplatały brzeg. Na jednym z centralnych zawieszona była wysoka huśtawka dzięki której można było wzlatywać i skakać do wody. Nasze dziewczyny korzystały z tego non – stop , pomiędzy popisami akrobatycznymi miejscowych. Po paru godzinach w tym urokliwym miejscu zaczęły robić się sporę tłumy więc obraliśmy drogę powrotną . Przy braku asfaltowych dróg, czasami nawet utwardzanych, nie tak daleka odległość ze źródeł od Moshi jakiś 20 km zajmuje około dwóch godzin w jedną stronę;)

Na wieczór Aga wywiedział się z obsługi hostelowej gdzie jest najbliższy zakład fryzjerski i Pani z baru zaprowadziła nas do pobliskiego salonu piękności gdzie nasze córki poddały się zabiegowi robienia warkoczyków. Po dwóch godzinach wyszły jakieś odmienione z jakimiś świecidełkami we włosach:)

Główna ulica w Moshi przeradza się wieczorem jeden wielki jarmark - handel kwietnie wszędzie, jak u nas z pocz. lat 90-ych, nie dało by się już nigdzie wstawić dodatkowego łóżka z towarem;)


     u fryzjera z Arushy   

        Następnego , ostatniego już dnia jeszcze zakup kilku pamiątek, jak np. lokalny przysmak  pestki tamaryndu do "muldania"  w słodkim kolorowym cukrze. Jeszcze wyjście dziewczyn  do fryzjera i w końcu zamówiona taryfa z całym bagażem zawiozła nas na pobliskie Kilimanjaro Iternational Port . Tam pierwszy raz założyliśmy maseczki (od wyjścia z samolotu 3 tygodnie wcześniej) i zostaliśmy pozbawieni kliku muszli których oczywiście nie można wywozić. Za to obsługa pozwoliła nam zachować owoc baobabu;)

Zaraz po starcie mogliśmy z bardzo bliska podziwiać szczyt Kilimandżaro który o tej porze dnia jest ponad chmurami. I w ten sposób przez Addis Abebe, Rzym, wróciliśmy do zimnej i mokrej Warszawy .




a tu krótki film z tego wypadu;)


                       powrót  do  menu   podróże